piątek, 07 styczeń 2011 12:14

Nieoceniona moc emocji

Emocje towarzyszą nam zawsze. Nie zawsze jednak mamy odwagę przyznać się do nich. Już jako dzieci uczymy się, jak je wyrażać i jak sobie z nimi radzić. Tę szkołę warto kontynuować przez całe życie. Bowiem emocje stanowią nieocenione źródło wiedzy o tym, jacy jesteśmy, jak widzą nas inni i jacy nie chcemy być.



Kiedyś na jednym z warsztatów Andrzej Wiśniewski opowiadał o swoich wrażeniach z piaskownicy. Jako młody ojciec i początkujący psychoterapeuta chodził ze swoim dzieckiem na plac zabaw. Gdy dochodziło do bójki o wiaderko czy łopatkę, dzieciaki zwykle zwracały się z płaczem do zaczytanych bądź zajętych rozmową mam. Naszego obserwatora uderzyły dwa rodzaje reakcji matek: albo zabierały pociechy z piaskownicy „od tych niedobrych dzieci”, albo wysyłały je, by walczyły o swoje.

 

W efekcie – oczywiście nie tego pojedynczego zdarzenia, ale pewnego nastawienia i sposobu traktowania przez rodziców – wyrastają osoby, które w dorosłym życiu albo „zabierają swoje zabawki” i wycofują się z każdej trudnej w ich ocenie sytuacji, albo bez względu na koszty rzucają się w życie, by zdobywać i walczyć o swoje.

 

Trening na placu zabaw

 

Gdy dziecko przychodzi na świat, nie tylko reaguje na emocje innych, ale także ich doświadcza. Najtrudniej jednak je wyrażać – na początku maluch dysponuje przecież tylko dwoma sposobami ekspresji emocjonalnej: płaczem i, od około trzeciego miesiąca, uśmiechem. Problemem jest również rozeznanie się w gąszczu emocji. Dlatego dziecko potrzebuje przewodnika, który w mądry, spokojny i nienarzucający sposób będzie mu pomagał nazywać to, co czuje.

 

Emocje są czymś naturalnym. W życiu dorosłym często pojawia się jednak pokusa, by wykorzystać przeciwko nim swój intelekt – przetłumaczyć sobie, że tak nie wypada odczuwać, albo wmówić sobie, że czuje się coś innego. Gdy dorośli nie akceptują wszystkich uczuć i emocji dziecka, np. jego złości, maluch staje przed wyborem: albo nie będę odczuwać i okazywać złości i w ten sposób zasłużę sobie na akceptację rodziców, albo pozwolę sobie na złość i będę w ich oczach, a więc i swoich własnych, złym dzieckiem. Maluchy często wybierają pierwszą opcję, choć słowo „wybór” jest tu pewnym nadużyciem. Dzieci są zależne od rodziców i nie chodzi tu tylko o zależność prawno-materialną, ale przede wszystkim emocjonalną. Dlatego są gotowe zrobić wiele, by zasłużyć na ich akceptację, miłość i zainteresowanie. W życiu dorosłym odpowiedzialność za nasze emocje, za sposób ich wyrażania i ich skutki dla nas samych oraz osób z naszego otoczenia ponosimy już sami. Jeżeli nawet wkraczamy w dorosłe życie z trudnym bagażem, teraz to od nas zależy, co z nim zrobimy i czy podejmiemy wysiłek zmierzenia się z emocjami.

 

Emocjonalny drogowskaz

 

Uczestnikom grup wsparcia proponuję, żeby nie dzielić emocji na pozytywne i negatywne. Rozmawiamy za to o uczuciach przyjemnych i nieprzyjemnych. Miły jest stan lekkiego podekscytowania czy przypływu energii, poczucie mocy, przekonanie, że wszystko się uda, optymistyczne spojrzenie w przyszłość. Tak najczęściej ludzie przeżywają radość. Mniej przyjemne jest uczucie napięcia motywujące do walki lub ucieczki, zawężenie perspektywy i wzmożona czujność. Nie oznacza to jednak, że takie odczucia, bardzo często klasyfikowane jako emocje negatywne, nie są ważne. Złość – bo o niej mowa – to uczucie, które informuje nas o tym, że ktoś wkracza na nasze terytorium psychologiczne.

 

 Agata Hensoldt-Jankowska

 

Autorka jest psychologiem, filozofem, psychoterapeutką. Pracuje w Instytucie Psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Prowadzi grupy wsparcia dla ofiar przemocy domowej w Centrum Praw Kobiet


To jest fragment artykułu. Całość znajdziesz w najnowszym wydaniu „Stylów i Charakterów”.


Przeczytano 12421 razy
Więcej w tej kategorii: « W zwierciadle snu