piątek, 07 styczeń 2011 14:24

Rodzinna księga zysków i strat

Idziemy przez życie zaopatrzeni w księgę, której autorami są wszyscy członkowie naszej rodziny. Zapisane są w niej wszystkie sytuacje i doświadczenia, które były ich udziałem. To ona jest drogowskazem, pokazuje właściwy szlak
i ostrzega przed niebezpieczeństwami. Czasami jednak bywa balastem.

Rodzice, dziadkowie, wujostwo, kuzyni – wszyscy żyjący i nieżyjący krewni to nasza rodzina. Co ją odróżnia od innych? Każda ma swoją niepowtarzalną tożsamość. Składają się na nią mity, wspomnienia, rodzinne opowieści o wydarzeniach i przeżyciach poprzednich pokoleń, które wciąż są obecne w przekazach i wzajemnych oczekiwaniach. To one tworzą specyficzny zbiór przekonań i wartości rodzinnego dziedzictwa, w którym dorastają kolejne pokolenia.
 

Mityczna mapa


Przekazy rodzinne tworzą mapę, która wyznacza naszą drogę życia. Ta mapa często nie prowadzi nas tam, dokąd chcielibyśmy dojść. Czasami znaki i wskazówki są już przestarzałe i nieaktualne – przecież świat zmienia się, tworząc nowe wyzwania i nowe pułapki. Co się dzieje, jeżeli wskazówki na mapie są zbyt sztywne, a w rodzinie nie ma przyzwolenia na ich zmianę czy choćby drobną korektę? Albo jeśli zmuszają nas do przyjęcia jedynej słusznej perspektywy, nie pozwalając dostrzec innych, istotnych dla naszego rozwoju możliwości? Dlaczego tak trudno zrezygnować z tych rodzinnych przekazów?

W rodzinie istnieją pewne lojalnościowe zobowiązania, których nie jesteśmy świadomi. One jednak, tworząc sieć ukrytych połączeń, wpływają zarówno na naszą osobowość, jak i nasze życiowe wybory. Ivan Boszormenyi-Nagy, jeden z twórców teorii międzypokoleniowej, twierdzi, że ogromne znaczenie więzów lojalnościowych wiąże się z faktem, że wszyscy przychodzimy na świat dzięki rodzicom i zaczynamy życie jako osoby całkowicie od nich zależne.

Każdy z nas związany jest od momentu poczęcia ze swoją matką i to sprawia, że każde dorosłe dziecko nosi w sobie dług wdzięczności wobec niej. Dłużnikiem ojca stajemy się z kolei w momencie podjęcia przez niego roli rodzicielskiej. Lojalność wobec rodziców jest niezmienna, bez względu na to, co przydarzy się w toku życia. Ten nieuświadomiony mechanizm lojalności ma ogromną moc, zmusza do realizacji rodzinnego dziedzictwa, nawet wbrew własnym interesom.

Niespisany testament

W jaki sposób odbywa się proces dziedziczenia? Od najmłodszych lat rodzina przekazuje nam pewien obraz rzeczywistości, wyobrażenia na temat otaczającego nas świata, relacji międzyludzkich i innych zachodzących wokół zjawisk. Obraz rzeczywistości przekazywany przez kolejne pokolenia zależy od tego, co było udziałem naszych przodków, jaka rzeczywistość wpływała na kształtowanie się ich obrazu świata, czyli ich mapy.

Otrzymany przekaz wpływa na nasze postrzeganie rzeczywistości. Wyobraźmy sobie rodzinę, która przeżyła jakieś traumatyczne zdarzenie, np. śmierć dziecka, utratę majątku, pobyt w obozie koncentracyjnym, utratę rodziców w młodym wieku. W efekcie takiego zdarzenia powstanie przekaz opisujący świat jako miejsce nieprzyjazne i niebezpieczne, często nieprzewidywalne, jako „padół bólu i cierpienia”.


Członkowie takiej rodziny mogą być zamykani w ciasnym kręgu rodzinnego systemu, odgrodzonego od reszty świata szczelnymi, nieprzepuszczalnymi granicami. Rodzina nie będzie zachęcać ich do realizacji swoich potrzeb w świecie zewnętrznym, a rozwój autonomii, aktywności i kreatywności zostanie zablokowany.

Rodzina tworzy swoje opowieści i przekazy w zależności od sposobu postrzegania świata. To one odgrywają kluczową rolę w procesie dziedziczenia. Najmłodszemu pokoleniu przekazuje się różnego rodzaju rady i wskazówki życiowe, powstałe na bazie doświadczeń członków rodziny. Przyjmują one formę przysłów, powiedzonek, przypowiastek czy też opowiadań ostrzegawczych. Rodzina obdarowuje nas w ten sposób swoją „mądrością” – to rodzinny testament, któremu musimy pozostać lojalni. Przekazywany dalej, współtworzy rodzinną historię, a nawet mitologię, i staje się ważnym elementem rodzinnej tożsamości.


Dr Monika Wasilewska

Autorka jest psychologiem i psychoterapeutą. Pracuje w Instytucie Psychologii Stosowanej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Interesuje się psychologią rozwojową i kliniczną, a w szczególności zagadnieniami związanymi z radzeniem sobie z kryzysami pojawiającymi się na kolejnych etapach życia.

To jest fragment artykułu. Kup wydanie papierowe albo elektroniczne, aby przeczytać całość.


Załapuję się na czułość


Rolę babci dzielę na dwie części, jedną nazywam OC – obsługa codzienna, np. dzwoni synowa: „Muszę jechać z małą do laryngologa, możesz zostać z Iwem?”. No i wtedy staram się tak poprzestawiać swoje zajęcia, żeby pomóc. Nie lubię łapanek, ale przecież się zdarzają, i wtedy nie robię z tego dramatu.

Pamiętam, jak bez żadnego dramatu włączała się do mnie moja mama, jak mojej mamie pomagała babcia. To jest tradycja w mojej rodzinie, że pomaga się z radością. I z wdzięcznością, że można pobyć z malu­chami. A to jest druga część roli – patrzeć, jak dzieci się rozwijają, jak tańczą, śpiewają po swojemu, jak nawiązują kontakty w piaskownicy z innymi dziećmi – uczyć, podpowiadać, kochać. Uczestniczyć w tej bliskości, gdy syn kładzie sobie maleństwo na piersi, przytula je, całuje.

Załapuję się na tę czułość, dostaję od wnusi piątkę, buzi, jestem ściskana, obłapiana, przytulana. Jestem częścią tej rodziny, to jest dla mnie niezwykle istotne.

W relacji z wnukami nie można naprawić tego, co było niewłaściwe w wychowaniu własnych dzieci. To jest już inna sytuacja i inne osoby. Odpowiedzialność dziadków jest ograniczona. Jeżeli chcą na emeryturze zajmować się sobą: podróżować, realizować swoje pasje – to mają do tego prawo. Dla wnuczków są od święta.

Wychowali już swoje dzieci, a teraz dzieci niech wychowują swoje. Są też dziadkowie, zwłaszcza babcie, które rzucają się do pomocy: gotują, karmią, ubierają, przyprowadzają, odprowadzają. A potem narzekają, że jest im ciężko: „Całe życie harowałam i nawet na emeryturze nie mogę odpocząć”. To są biadule – bez narzekania nie mogą żyć.

Gdyby nie zajmowały się wnukami, też by narzekały.
Prawdziwa relacja w rodzinie musi być oparta na miłości. Nawet jeżeli rodzice są bardzo zajęci, ale kochają swoje dzieci, to dadzą im nagrodę w postaci bliskości, więzi. Słyszę od moich pacjentów: moi rodzice studiowali, dorabiali się, a mnie przez pięć lat wychowywała babcia. Rodzice przyjeżdżali tylko w weekendy. Wtedy dzieci czują się porzucone, chociaż babcia i dziadek byli wspaniali i kochani, i długo noszą w sobie poczucie krzywdy. Bo rodzicami są mama i tata, a nie dziadkowie.

Lubomira Szawdyn

Autorka jest psychiatrą i psychoterapeutką, prekursorką leczenia uzależnień w Polsce. Prowadzi prywatną praktykę.




 
Przeczytano 18505 razy
Więcej w tej kategorii: Zapisane na kliszy »