środa, 01 luty 2012 08:35

Na właściwej drodze

FreemanMedytacja ma wielką moc, może zmienić nasze życie. Jest też niezwykle prosta. Dzięki medytacji mogę pić z czystego źródła życia we mnie samym. To mnie wzbogaca, daje radość.

 

o. Laurence Freeman, OSB – jest katolickim kapłanem, benedyktynem z klasztoru Chrystusa Króla w Cockfosters w Londynie. Nowicjat odbył pod kierunkiem o. Johna Maina OSB) i wraz z nim w 1977 roku założył w Montrealu klasztor, który zainspirował jeden z nurtów odnowy kontemplacyjnej Kościoła. Po śmierci o. Johna objął opieką Światową Wspólnotę Medytacji Chrześcijańskiej.


Agnieszka Chrzanowska: Z wykształcenia jest Ojciec magistrem literatury, w przeszłości pracował dla ONZ, ale w którymś momencie całkowicie zmienił swoje życie. Skąd taki zwrot?
Laurence Freeman: To nie była decyzja jednej chwili. Z medytacją zetknąłem się na drugim roku studiów, za sprawą Johna Maina. Wcześniej poszukiwałem swojej drogi, czytałem literaturę mistyczną. Szukałem Boga, ale były to poszukiwania intelektualne. Gdy John Main zapoznał mnie z medytacją, zrozumiałem, że otworzyła się przede mną prawdziwa droga, ale nie potrafiłem ogarnąć jej umysłem. Byłem zagubiony. Po raz pierwszy dostrzegłem dystans dzielący umysł i serce. Zacząłem medytować, ale nieregularnie, bez żadnego wsparcia. Znajdowałem się na życiowym zakręcie, nie byłem pewny, co chcę robić. Przez jakieś dwa lata pracowałem w banku – nie dlatego, że się do tego nadawałem, po prostu chciałem zobaczyć, jak wygląda takie życie. Potem zająłem się dziennikarstwem. W tym okresie dowiedziałem się, że John Main wrócił do Anglii i szuka młodych mężczyzn, którzy chcieliby przez pół roku żyć w odosobnieniu. Pomyślałem, że to dla mnie dobra okazja, żeby nauczyć się medytować. Było to ważne doświadczenie. Dużo się o sobie dowiedziałem, nauczyłem się pokory, za sprawą Johna Maina poznałem prawdziwą medytację. Mimo to z ulgą wróciłem po sześciu miesiącach do prawdziwego świata. I ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu odkryłem, że nie znajduję w sobie żadnego entuzjazmu do pracy w banku czy w dziennikarstwie.

 

Piotr Żak: To musiało być dla Ojca bardzo frustrujące!
To był dylemat. Dotarłem do „martwego punktu”, nie wiedziałem, co robić. Rozmawiałem z Johnem Mainem. Nie wywierał na mnie presji, nie nalegał, bym wstąpił do zakonu, a ja wtedy nie miałem zamiaru tego robić. W końcu jednak uznałem, że muszę spróbować życia zakonnego, żeby przekonać się, czy to moja droga. W tamtym czasie uruchomiliśmy otwarte dla wszystkich centrum medytacji. Czułem, że to, co robimy, ma znaczenie. Jak tylko podjąłem tę decyzję, poczułem wewnętrzny spokój i wielką radość. Zaskoczyły mnie te odczucia, bo to był trudny czas. We wspólnocie mieliśmy pewne problemy, rodzina mnie nie wspierała, bliscy mówili mi, że marnuję życie. Moja matka uważała, że nic się nie robi w klasztorze, więc nie można też mieć problemów. Jednak pomimo tej rzeczywistości, miałem głębokie poczucie spełnienia. Nigdy nie żałowałem tej decyzji.

P.Ż.: Czy odczuwał Ojciec strach, podejmując decyzję o wstąpieniu do zakonu?
Tak. Bałem się, że oznacza to odrzucenie innych, że nie będę w stanie zrealizować mojego potencjału. Pewnie bałem się też ograniczeń związanych z życiem zakonnym. Kiedy dokonałem wyboru, niektórzy moi znajomi zrozumieli go, ale wielu uważało, że uciekam od życia, że brakuje mi odwagi, by pozostać w świecie. Szybko przekonałem się, że to dobra decyzja. Co więcej, ku mojemu zaskoczeniu nigdy nie nudziłem się w klasztorze.

A.Ch.: Zatem odzyskał Ojciec entuzjazm, którego wcześniej brakowało?
Tak, ale muszę podkreślić, że gdyby nie medytacja, pewnie nie zostałbym mnichem. Medytacja stała się centralnym elementem mojego życia. Medytowałem codziennie. Przez siedem lat pracowałem ze swoim nauczycielem. Była to wielka radość i wielki dar.

A.Ch.: Czy John Main był mentorem duchowym Ojca?

Tak. Poznałem go, gdy miałem 14 lat. Uczył nas religii.Podziwiałem go, był otwartym człowiekiem, bardzo liberalnym w porównaniu z innymi nauczycielami. Nie miałem jednak z nim silnej więzi duchowej. Na drugim roku studiów miałem pewne problemy w życiu. Pojechałem do ojca Maina do klasztoru. Spędziłem z nim Wielkanoc. To wtedy wprowadził mnie w medytację, stał się moim duchowym nauczycielem. Jeśli przebywamy z kimś, kto po prostu żyje dobrze, daje nam to więcej niż studiowanie podręczników i słuchanie wykładów. Myślę, że dodawał mi siły. Moja relacja z nim przypominała relację wczesnych mnichów chrześcijańskich i ich nauczycieli na pustyni. Potrzebowałem tego. Bez niego nie rozwiązałbym moich problemów.

Prawdziwa wolność

A.CH.: Dlaczego medytacja jest aż tak ważna dla Ojca?
Początkowo medytacja była dla mnie sposobem wprowadzenia porządku i harmonii do mojego życia pełnego wątpliwości, bólu, dezorientacji. Czułem, że medytacja przyniesie mi jasność i spójność. To nie było jednak łatwe: poznanie siebie, swojego prawdziwego ja. Potem medytowałem dlatego, że dzięki medytacji mogłem pić z bardzo czystego źródła życia we mnie samym. To bardzo mnie wzbogaciło, przyniosło radość. A myślałem, że już ją utraciłem. Teraz medytuję głównie po to, żeby odzyskać równowagę i móc jeszcze więcej pić z z mojego źródła, bo wtedy doświadczam obecności Boga. Medytacja pozwoliła mi też zrozumieć, jak odpowiedzialnie wykorzystywać wolność, którą daje mi życie zakonne. Bycie mnichem daje zdumiewającą wolność. Mogę robić wszystko. Rano rozmawiam z bogatymi, a resztę dnia spędzam w slumsach. Tu i tu jestem w domu, bo nigdzie nie przynależę.

A.Ch.: Nadmiar wolności może przerażać. Ludzie zwykle pragną przynależeć do jakiegoś konkretnego miejsca.
Wolność jest trudna. Dzięki niej możemy utracić poczucie bezpieczeństwa. Każe nam szukać głębszej stabilizacji. Święty Benedykt mówił o kilku zasadach życia zakonnego. Jedną z nich jest posłuszeństwo. Zgodnie z nią powinniśmy słuchać głosu Boga, bo dzięki temu wykroczymy poza własne ego, pełne strachu i pragnień. Dopóki nas kontroluje, będziemy bać się wolności. Jeśli krok po kroku będziemy przekraczać własne ego, wtedy zrozumiemy, że wolność jest naszym naturalnym stanem. Święty Benedykt mówił też o stabilności, zarówno fizycznej, jak i duchowej. Kiedyś pewien brat powiedział mi, że przebywa w klasztorze od 30 lat i opuszcza jego mury tylko po to, by się udać do dentysty. Był z tego dumny. Potem okazało się jednak, że w dzieciństwie został bardzo skrzywdzony. Klasztor był jego azylem, dawał mu poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. Inny brat powiedział mi, że poszedł do klasztoru, ponieważ chciał mieć czas na modlitwę. Został mistykiem, doświadczył wielkiej wolności wewnętrznej. Wykorzystał strukturę klasztoru, by wzrastać duchowo. To samo życie może zatem oznaczać co innego dla różnych ludzi.
Benedykt mówił również o nawróceniu. Nie chodzi jednak o jednorazowe nawrócenie, ale o stałą otwartość na zmianę. Posłuszeństwo oznacza więc zdolność do słuchania słowa Boga, do spotkania z Nim. Stabilizacja wiąże się z regularną praktyką kontemplacyjną. To są korzenie, z których wyrasta drzewo nawrócenia. Tak rozumiem wolność. Wolność jest zawsze zakorzeniona w stabilności, zaangażowaniu. Wolność, którą daje życie klasztorne, nie jest statyczna, wciąż ewoluuje.

P.Ż.: Czy zwykli ludzie mogą doświadczyć wolności, o jakiej Ojciec mówi?
Oni stają przed innymi wyzwaniami niż ci, którzy wybrali życie zakonne. Na przykład żyją w małżeństwach, które nie zawsze przecież są radosne. Zostają rodzicami – dzieci są dla nich zarówno źródłem radości, jak i cierpienia. Są zajęci obowiązkami w sferze materialnej, emocjonalnej. Bez wątpienia jednak mogą odnaleźć wolność. Z pewnością powinni znaleźć przestrzeń na kontemplację. Do tego wcale nie trzeba cały dzień studiować Biblii ani zostać mnichem. Znam wiele świeckich osób, które znajdują czas na regularną medytację rano i wieczorem. Pewien bankier, zajmujący ważną pozycję w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, mówił niedawno o tym, jak bardzo medytacja pomogła mu lepiej wykonywać pracę. Słuchacze byli zdziwieni, że udaje mu się znaleźć czas na medytację przy takim nawale obowiązków. Odpowiedział, że jeśli ktoś chce znaleźć czas na medytację, to go znajdzie. On sam medytuje w pracy: wcześnie rano, bo w domu jest zbyt duże zamieszanie, oraz tuż przed wyjściem do domu, bo wieczór chce spędzić z rodziną. Ten człowiek z pewnością odnalazł wolność. Myślę, że sekret jest taki: jeśli chcemy znaleźć wolność, potrzebna nam jest dyscyplina.

P.Ż.: Wolność i dyscyplina? To swego rodzaju sprzeczność...
Tylko z pozoru. Medytacja wymaga dyscypliny duchowej, która pozwala nam kontrolować czy przekraczać własne ego. Wolność, której poszukujemy, jest poza ego. Problem polega na tym, że nasza kultura uczy czegoś zupełnie przeciwnego, bowiem wiąże wolność z wielością opcji do wyboru. Jednak – jak mówi psychologia – zbyt duży wybór przytłacza nas.

 

Cały tekst dostępny jest w specjalnym wydaniu „Stylów i Charakterów”– Medytacja


 
     
Przeczytano 71527 razy