czwartek, 30 grudzień 2010 10:58

„Maj... maj... i już listopad”

Pani Ela z Milanówka  była największą ze znanych mi pesymistek. Lubiła narzekać na życie i tylko to sprawiało jej chwilową ulgę. Zawsze coś było  nie tak.

Nie taka sprawiedliwość, nie taka dola.
Nie taka pora dnia, nie taka pora roku, nie taka pora życia.
Takiego – nic.

Na usprawiedliwienie pani Eli muszę napisać, że nie miała łatwego życia. Była dzielną kobietą
i lubiłam Ją bardzo. Kiedyś los zetknął nas ze sobą na dłużej  i dwa razy w tygodniu, przez kilka lat, razem przemierzałyśmy drogę z Pęcic do Milanówka.  Pani Ela narzekała, a ja  starałam się Ją rozpogodzić i pokazywać światełka w tunelach. Że co prawda wieje wiatr, ale pojutrze ma się uspokoić, że co prawda pada deszcz, ale jedynie z góry (to odkrycie Andrzeja Poniedzielskiego), że inni mają jeszcze trudniej, że... że... że.

Jeśli udało mi się doprowadzić do  czegoś w rodzaju uśmiechu w kącikach ust pani Eli – byłam szczęśliwa.
Któregoś majowego dnia jechałyśmy znów razem. Na dworze po prostu raj: słońce, ciepło, rozkwitające kolorowe kwiaty, bajecznie zielona przyroda. Ciśnienie nadzwyczajne – żadnych spadków ani nagłych wzrostów. Dzień, o jakim marzy najbardziej wybredny meteopata. I wtedy ja ośmieliłam się nieśmiało powiedzieć do pani Eli:

– No, ale dzisiaj to już musi pani przyznać, że nie ma na co narzekać. Najpiękniejszy majowy dzień, jaki w życiu widziałam!

– ...Brzydko nie jest... to prawda... ale wie pani, pani Magdo, jak to całe nasze życie wygląda: MAJ... MAJ... I JUŻ  LISTOPAD.

Zaniemówiłam. Epokowa konstatacja.

Młodzi, usłyszawszy to zdanie, uśmieją się do rozpuku, ale moim rówieśnikom
i jeszcze o chwilę starszym chyba coraz trudniej o rozpuk na ten temat.

Bo właśnie NIE WIADOMO KIEDY nastąpił listopad  – jako pora życia.

Czy ja odważyłabym się dawać jakieś rady listopadowym ludziom? Może
i odważyłabym się. Właśnie dzisiaj, gdy szara szmata na niebie, a słońce za siedmioma morzami.

Instrukcja dla listopadowych:

1. Pamiętać, że jeszcze cały grudzień życia przed nami. To może potrwać.

2. Pamiętać, że mądrość  (jak mawiał Jeremi Przybora) to jedyna uroda starości.

3. Pamiętać o pogodnych ludziach, którzy dożyli podeszłego wieku, i w miarę możliwości czepiać się ich albo ich
twórczości.

4. Przeczytać na przykład książkę Jacka Dehnela pt. Lala. Jej bohaterka, pani Helena Bieniecka-Karnauchow, jest autorką sentencji, którą powtarzam sobie każdego dnia.
A brzmi ona: „A cóż to jest osiemdziesiąt jeden lat dla młodej kobiety?!”.

5. Pamiętać o odważnej odpowiedzi sędziwego Czesława Miłosza na pytanie:
„Co pan sądzi o przemijaniu?”. Brzmiała ona „Jestem przeciw”.

6. Mieć swoich mistrzów w sztuce życia.

Ja mam. Od wielu lat jest nią Stefania Grodzieńska. Jest i będzie, mimo że zmarła 
28 kwietnia tego roku, w wieku 96 lat!

Już dwa razy od tego czasu śnił mi się Jej uśmiech. Nieprawdopodobnie dowcipna, inteligentna, dzielna, młoda do późnej starości. W 91. wiośnie życia powiedziała w wywiadzie: „Najchętniej skoczyłabym na bungee, tylko nie wymyśliłam jeszcze,  jak
w moim wieku wgramolę się  na taki wysoki most”.

A kiedy zapytano Ją, jak udało się Jej rzucić palenie, opowiedziała taką historię: „Mój kolega alkoholik dowodził, że z nałogu nie da się wyjść i dodał: „a ty spróbuj przestać palić, cha, cha, cha”. To „cha, cha, cha” tak mnie rozwścieczyło, że zdusiłam papierosa i powiedziałam, że to mój ostatni”.

I to był Jej ostatni papieros! Lubiła o tym opowiadać z dumą. Żyła potem jeszcze pół wieku, długo i na ogół szczęśliwie. Czego i Państwu życzę – listopadowa
Magda Umer


Ps. Podobno najstarszy człowiek na świecie dożył 165 lat. Moim zdaniem niepotrzebnie, ale mogę nie mieć racji.

Pęcice Małe, 18 listopada 2010 roku
Przeczytano 13161 razy
Więcej w tej kategorii: Pamięć pełna fiszek »