poniedziałek, 21 marzec 2011 11:52

Życiorysy

Starszy, zapatrzony w szybę autobusu, może 60-letni pan, ale jak znam życie pewnie dużo młodszy. Szorstka, żółtawa, pozbawiona wody i witamin skóra, głębokie niczym koleiny na gierkówce bruzdy wokół wąskich ust i na czole. Bródka lekko do przodu wysunięta, łuk wąskich ust zagięty w dół, obrazujący gorzki układ sił na obliczu.

Oczy niewielkie, piwne w swoim wyrazie, zamglone, brwi krzaczaste, nigdy nieprzystrzygane, nos niewielki, czoło odwrotnie. Włosy w szczątkowej ilości i formie, miejscami siwe, miejscami kremowe, miejscami w niebycie. Dłonie ciemne, szerokie, paznokcie, jeśli kiedyś istniały, pragnące odzyskać swój dawny, dziecięcy blask. Chcą, ale nie dane im... itd.

Oto portret człowieka, którego ujrzałam w autobusie na trasie Warszawa-Olsztyn. Próbowałam wymyślić mu jakiś życiorys. Ciekawe – każdy pasuje.

1. Ciężko pracował od dziecka, zmuszany do pracy na roli, nosił ciężkie wiadra z wodą, by napoić bydło pasące się na łąkach, oddalonych od zabudowań w sposób haniebnie daleki.

Nie urósł przez to, kręgosłup przygnieciony przez niebywałe jak dla małego chłopca ciężary – zaprotestował, zostając w miejscu. Szerokie, ciemne dłonie oraz szarobura twarz. Smaganie wiatrem, słońce i zimne powietrze daje tak czerstwy wygląd. Zawsze mało mówił, dużo robił, smutny do bólu, zbyt wcześnie osiwiał, ale nie miał tego sobie za złe, nawet nie patrzył w lustro, bo nie miał. Kiedyś wprawdzie ujrzał siebie w tafli wody, gdy po pracy pił wodę ze źródła, ale nie był pewien, czy to on.

Nieprzytulany, niekochany, niepotrafiący złożyć dłuższego zdania, wyśmiewany i popychany w szkole, uciekł pewnego dnia i nigdy nie wrócił. W dorosłym życiu nigdy nie poznał kobiety (widać, że oglądał „Klan”), każdą odstraszały jego niebieskie oczy, w których widać było i smutek, i szaleństwo. W wiosce szeptano, że nocami łazi po lasach i wyciąga z sideł zwierzęta, wypuszcza na wolność, patrząc za nimi długo, jak odchodzą.

2. Ale równie dobrze może to być człowiek, który nic w życiu nie robił, od zawsze się lenił i żył na czyjś koszt. Uderzając w nutę bliską mojemu gatunkowi powiem, że pewnie żył na koszt swojej żony, kobiety gospodarnej i uczciwej.

Ale OK, może to komuś nie pasować, dlatego jest jeszcze inna opcja. Od zawsze żerował na rencie swojego syna, który pracując na kolei, został porażony prądem. Bruzdy na twarzy nasz bohater zawdzięcza uporczywemu pijaństwu, a wyciągnięte w dół łapy mogą być dowodem na bezustanne noszenie siatek z alkoholem.

Smutne, mętne oczy efektem jakiejś, nierzadkiej wcale, choroby, którą nabył, nie dojadając, ale za do dopajając się do tzw. imentu. Szorstka jak papier skóra latami impregnowała się na świeżym i nieświeżym powietrzu, smagana wiatrem, deszczem, śniegiem i słońcem.

To człowiek natury, wolny, dziki i niepohamowany.

Oczami wyobraźni widzę tę jego żonę, która, gdy wracał pełen przygód do domu – oczywiście nad ranem, bo wszystkie przygody zbiegały się w mieście właśnie w porze nocnej – witała go milczeniem. Potem, również milcząc, pakowała pod prysznic, by doprowadzić swojego pupila do stanu używalności. Potem zaś świeżo umytego brała na ręce jak dziecko i niosła do sypialni. Kładąc jego cielesność w czystej pościeli, wiedziała, że już był dobry. Oczyszczony ze wszystkich przygód. Nowo narodzony.

Na drugi dzień oczywiście pakował się w nowe, lepsze działania na mieście, taki był aktywny. Być może ta wysunięta do przodu bródka to ucieleśnienie jego chytrości.

Mogło przecież być tak, że jego kolega Rysiek prosił:

– Niutek, daj się napić trochę.

– Ryśku (dowód na to, że oglądał kiedyś „Klan”) …nie dam, mało mam.

I mówiąc to, powodowany chytrością, wysuwał szczękę do przodu. Tak mu zostało na zawsze, bo też zawsze mało miał.


3. Równie dobrze może to być historia lokalnego ladaco, uwodziciela serc niewieścich i bezlitosnego obłapiacza kibici. A czemu nie? Nie pasuje? A ta wysunięta do przodu bródka? Wysunięta, bo gość ma niecne zamiary i wietrzy ofiarę, która to zazwyczaj w pobliżu kusi, wiercąc dupką.

Wietrząc – automatycznie wysuwa szczękę. Szerokich łap dorobił się, zacierając bez przerwy dłonie, co miało świadczyć o rodzącej się w sercu obietnicy szczęścia, bo oto jest możliwość podotykania kształtów. Zacierał, zacierał, a ich powierzchnia zwiększała się. Swe kolejne narzeczone porzucał z lekkością, ale wciąż zdobywał nowe. Gorzkie usta wygięte w smutny łuk – bo wszystkie kobiety to dranie, chodzi im tylko o to, żeby z faceta wydusić ostatni grosz i odejść z jakimś przystojniakiem.

Była taka Baśka, połowę renty matki (w tej wersji syna nie ma) wyrąbał na pierścionek dla niej, na ciastko z kremem zaprosił do kawiarenki „Malwina”, a ta krowa pogardziła i gdy podlazł pod jej okno, to zobaczył, jak wychodzi z apteki (widać, że oglądał „Klan”) z innym. Tak bardzo go to zraniło, że publicznie oświadczył, że od tej pory każdą kobietę, którą pozna, najpierw rozkocha, a potem porzuci na pastwę.

Takie oto trzy historie – każda inna, ale każda pasuje.

Nie osądzajmy więc nikogo na podstawie wyglądu. Nikogo. Przeczytałam dziś w Internecie, że ta Joanna Kołaczkowska to musi być okropna baba, bo w jednym skeczu tak dręczy swojego męża Dziubasa.

Joanna Kołaczkowska

Joanna Kołaczkowska jest aktorką kabaretu „Hrabi”. Autorka tekstów kabaretowych, współrealizatorka niezależnej wytwórni filmowej A`YoY. Prowadzi autorski blog www.blogpartyzancki.pl. Mieszka w Warszawie z córką Hanną.
Przeczytano 9669 razy