czwartek, 05 listopad 2015 11:17

Żyć z tajemnicą

W miłości jesteśmy ludzcy, najbardziej ludzcy. Miłość jest tak „nazbyt ludzka”, tak głęboko ludzka, że nie może być tylko ludzka.

Jeśli miałbym podać jakąś zwięzłą definicję miłości, to brzmiałaby ona chyba tak: Naprawdę kochamy to, czemu potrafimy dać pierwszeństwo przed Ja. Kochać znaczy w sposób wolny i z radością ukryć się w cieniu Ty.
„Gość w dom, Bóg w dom” – powiada stare przysłowie. „Ten drugi” (na przykład cudzoziemiec, gość) reprezentuje Boga. To przysłowie podpowiada nam głęboką prawdę: Jeśli kochamy tak, że zapominamy o sobie, że przekraczamy nasze własne egoistyczne interesy i roszczenia, wówczas w tym, co w taki właśnie sposób kochamy, na przykład w człowieku, któremu okazujemy bezinteresownie i bezwarunkowo miłość, rzeczywiście (choćby nawet „anonimowo”) spotykamy się z tym, co nas (czy kto nas) radykalnie przekracza: z Bogiem. „Bóg jest miłością” – mówi Pismo. Gdybym miał podać jakąś zwięzłą „definicję Boga”, to powiedziałbym: Bóg jest głębią, w którą wchodzimy, kiedy przekraczamy samych siebie w miłości.
W miłości najbardziej jesteśmy sobą. W miłości jesteśmy ludzcy, najbardziej ludzcy. Jednak właśnie w tym i tylko w tym, w czym jesteśmy najbardziej ludzcy, w pełni ludzcy, ludzcy aż po brzegi, aż nazbyt ludzcy, objawia się nam i daje to, co jest bardziej niż ludzkie.

Wskazuje na wieczność
Miłość jest tak „nazbyt ludzka”, tak głęboko ludzka, że nie może być tylko ludzka. Miłość burzy wszystkie pozytywistyczne „nic innego niż”! Jest zbyt mocna, by była „wyłącznie” jedną z ludzkich emocji. Miłość jest na tyle głęboko ludzka, że najbardziej ze wszystkiego świadczy o głębi, w której człowiek jest czymś więcej niż człowiekiem, w której człowiek sam siebie przekracza. A czyż transcendencja, przekroczenie samego siebie, nie jest najgłębszą cechą istoty ludzkiej?
Kiedy okazujesz pełną życzliwości, współczującą i w sposób praktyczny pomagającą miłość bliźniemu, już doświadczasz „nieba”. Bóg nie jest naprzeciwko – powiedzieliśmy sobie. Bliźni jednak jest naprzeciwko – i kiedy zrobię w jego stronę krok miłości, Bóg będzie w tej miłości między nami. Królestwo niebieskie już jest wśród was – mówi Jezus do ludzi wbijających nabożny wzrok gdzieś poza horyzont świata i dziejów. Solidarna miłość wobec bliźnich, zwłaszcza „najmniejszych”, potrzebujących, cierpiących, chorych i prześladowanych, wedle słów Jezusa implikuje miłość do Niego samego – a nawet jest tą właśnie miłością także w życiu tych, którzy Go nie poznali.

„Miłość do Boga” oderwana od solidarnej, ofiarnej, wspomagającej miłości do ludzi jest wedle Nowego Testamentu jedynie hipokryzją: „Jeśliby ktoś mówił: «Miłuję Boga», a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi” (1 J 4,20). Tych, którzy spieszą do świątyni, a nie pogodzili się z bratem ani nie rozpoznali brata w „zranionym przy drodze”, Jezus zawraca z owej ślepej uliczki ich nieludzkiej pobożności: dym z ich rytualnych ofiar nie wzniósłby się do Boga, ich modlitw Bóg by nie wysłuchał.

Tęsknota za wiecznością, za przemianą chwili w wieczność, jest oszałamiającym doznaniem żarliwej miłości. Miłość właśnie swoją żarliwością wskazuje na wieczność, jest śladem tęsknoty za wiecznością, „przedsmakiem wieczności”. Dla miłości i cierpienia wiele języków ma tylko jedno słowo. Żarliwość miłości kryje w sobie cierpienia z powodu niespełnienia, wskazuje już tu, na ziemi (na świecie, w tym życiu – w saeculum), na to, czego ziemia dać nie może, na wieczność, ad saeculum saeculorum – na „wieki wieków”.
Także miłość między ludźmi, jeśli jest naprawdę głęboka, a tym samym niezamienialna z najróżniejszymi substytutami miłości, niesie w sobie ową pieczęć boskości. Również o niej możemy powiedzieć to, co powiedzieliśmy o miłości do Boga: mimo iż jej „przedmiotem” jest konkretny człowiek, to w miłości ów drugi człowiek nigdy nie jest przedmiotem. Nie jest żadnym to, jest ty – a każde ty wskazuje na horyzont „absolutnego Ty”, jak powiedziałby Martin Buber.
To, czego nauka chrześcijańska uczy nas o Chrystusie, powinniśmy w pewnym sensie aplikować na wszystkich ludzi. Kiedy kocham człowieka Jezusa, kocham przez Niego i z Nim i w Nim także Boga – i to również wtedy, gdy mam o Bogu bardzo mętne wyobrażenie lub nie mam go wcale – ponieważ obowiązuje „Ja i Ojciec jedno jesteśmy”. Kiedy kocham drugiego człowieka miłością Jezusową, tą, która raczej daje, niż bierze, to ta moja miłość ma swój korzeń i cel głębiej, niż zdołam dojrzeć, ponieważ obowiązuje: „Kto kocha, trwa w Bogu, a Bóg w nim”. Wówczas taka miłość jest wskazaniem ku źródłu, gdzie „dobro i miłość swą przyczynę mają” – a nawet więcej: jest moim w nim udziałem.

Wszystko przetrzyma
Co odnosi się do Bożej Trójcy, odnosi się także do ziemskiej triady „cnót boskich” – wiary, nadziei i miłości. Również te cnoty są boskie dlatego, że stanowią niezasłużony wolny dar łaski, a ludzkie dlatego, że są wolnym aktem człowieka, gdyż w przeciwnym wypadku nie mogłyby być cnotami. To, co Boże i ludzkie, jest w nich nierozdzielne, a mimo to nieprzemieszane, Boża wolność nie ogranicza ludzkiej i na odwrót. Pomiędzy tymi cnotami istnieje także jakaś perichoresis
– wzajemne dopełnianie się. Problem, czy miłość ma pierwszeństwo przed wiarą, okaże się pseudoproblemem, jeśli podczas kontemplacji zanurzymy się w ową ikonę boskiego tańca: wszystkie trzy cnoty dają sobie pierwszeństwo nawzajem. W dodatku są organicznie zawarte w sobie nawzajem, przenikają się. Prawdziwa miłość opiera się nie na uczuciowym zapale, lecz na wierze i zaufaniu – zwracam zawsze uwagę narzeczonym. Wiara dotyczy „rzeczy, których się spodziewamy”, których tu po prostu nie ma, ale mimo to właśnie ku nim nadzieja kieruje swój tęskny wzrok, a miłość nas ku nim przyciąga i przenosi. Wiara bez nadziei jest ślepa, a bez miłości martwa. Nadzieja bez wiary jest pusta, a bez miłości jej wytrwałość nie ostoi się w życiowych próbach cierpliwości, ponieważ jedynie mocna miłość „wszystko przetrzyma”.

Miłość jest niewątpliwie „rzeczą ludzką”. W tym kształcie zna ją każdy człowiek – jeden z doświadczenia, inny przynajmniej ze słyszenia. Rozważałem różne oblicza miłości, głównie te, które świec­kie traktaty o miłości pomijają, o miłości ku Bogu i miłości Boga ku nam. Czy powiedziałby o niej także Nietzsche, że jest to „ludzka, zbyt ludzka sprawa”? Jeśli tak, to w tej kwestii musiałbym się z nim rozejść. Rozumiem jego niechęć do tych, którzy przed wiernością ziemi uciekają do królestwa zaświatów; domyślam się, z jakich powodów akurat w książce Ludzkie, arcyludzkie tak energicznie broni się przed wszelkimi wskazaniami ku jakimkolwiek „za” i „nad”.

Jednak głębia wieczności, którą upatruję w miłości, w żaden sposób nie osłabia mojego tak dla życia tu i teraz. Nie jest to zobojętniałe spojrzenie, którym obrażamy człowieka, gdy patrzymy przez niego jakby na wylot, ponieważ nie myślimy o nim i nie dostrzegamy go. Być może ten właśnie „ogląd” moglibyśmy przyrównać raczej do spojrzenia pełnego nadziei i zaufania, jakim nauczyciel widzi w uczniu talent, którego on sam jeszcze sobie w ogóle nie uświadamia, albo jakim kochający mężczyzna widzi w swej narzeczonej przyszłą matkę swoich dzieci. Jeśli czasem przez chwilę popatrzymy na samych siebie oczami kogoś, kto nas kocha i ufa nam, opadają z nas wszystkie paraliżujące uczucia niedowartościowania i niegodności, i w ten sposób zostajemy zmotywowani do realizacji owej drzemiącej w nas możliwości, którą widzi i rozbudza w nas tylko miłość. Czy to nie właśnie Nietzsche przeczuwał – może bardziej niż inni – że w człowieku kryje się zapowiedź czegoś niedopowiedzianego, co jeszcze się objawi?

Woli dawać
Klucz do spotkania z ową miłością przekraczającą wszystko, co kiedykolwiek ludzkie oko widziało, ucho słyszało i serce zdołało przeczuć, nie leży wyłącznie na ołtarzach świątyń zbudowanych przez ludzi. Możemy znaleźć go w ludzkiej miłości, w tej zbudowanej przez samego Boga świątyni – jednak tylko w jej głębi, nie na powierzchni, którą zadowala się wielu odmieniających słowo miłość przez wszystkie przypadki. O prawdziwej miłości mówi Pismo, że woli dawać niż brać. A miłość, o której tu mówimy, daje siebie. Jedynie w ofiarnym darowaniu siebie ludzka miłość jest obrazem tej bezwarunkowej, absolutnej miłości, z powodu której i dla której bronię słowa Bóg.
Miłość nie jest jedynie uczuciem, stanem emocjonalnym, ale czymś całkiem innym i znacznie głębszym. Jeśli ktoś wydaje mi się sympatyczny, to jeszcze nie znaczy, że go kocham, a jeśli ktoś jest dla mnie niesympatyczny, nie znaczy to, że go nienawidzę: w Jezusie także faryzeusze z pewnością nie budzili sympatii, nie można jednak twierdzić, że ich nienawidził. Miłość polega na tym, że drugiemu życzę dobra i jestem gotów mu je okazać  – na tyle, na ile mogę; nienawiść oznacza, że życzę mu zła i jestem gotów mu je wyrządzić, gdy tylko będę miał ku temu okazję.
Doskonale kochać znaczy tyle, co dobrowolnie umrzeć dla swoich roszczeń i dać innemu przestrzeń do bycia samym sobą. Kiedy to sobie w pełni uświadomimy, wtedy słowa apostoła „Bóg jest miłością” przestaną być dla nas słodkim frazesem. 

Tekst jest fragmentem książki ks. Tomáša Halíka pt. „Żyć z tajemnicą” Do nabycia na www.sklep.charaktery.eu

Ks. Tomáš Halík należy do najważniejszych współczesnych myślicieli katolickich. Jest gorącym zwolennikiem dialogu między religiami, angażuje się w dysputy publiczne, np. na temat dyskryminacji rasowej czy integracji europejskiej. Otrzymał wiele honorowych odznaczeń i nagród m.in. jest laureatem Nagrody Tempeltona 2014 za „wyjątkowy wkład w rozwój duchowego wymiaru życia”. W 2008 roku papież Benedykt XVI nadał mu tytuł „honorowego prałata Jego Świątobliwości”. Książki Halika cieszą się dużym powodzeniem wśród polskich czytelników, a sam Autor często nazywany jest „czeskim Tischnerem”.

Przeczytano 3023 razy