czwartek, 13 styczeń 2011 09:43

Uśmiecham się do siebie

Nagle zostałam ze wszystkim sama. Zima dobiegała końca. Zdałam sobie sprawę z tego, że latami uczyłam się bezradności.

Wolałam prosić, żeby np. wypełnił PIT niż nauczyć się tego sama, a właśnie ten obowiązek wraz z początkiem nowego roku i nowego życia wyrósł przede mną, jak mur nie do przeskoczenia. Przy tej okazji pojawiło się we mnie sporo skrajnych uczuć: od złości, że muszę sobie (bo nie da rady inaczej) z tym poradzić, przez żal, dlaczego zostałam z tym sama, po zwątpienie, czy dam radę. W końcu zaczęłam spokojnie myśleć. Uznałam, że przecież nie muszę wszystkiego wiedzieć. Przestałam się czuć jak niedouczona, nic niewarta kobieta. Po prostu zleciłam tę pracę komuś, kto wykonuje ją zawodowo. Poszłam po linii najmniejszego oporu?
 
Być może, ale ważny był mój spokój i to, że na czas rozliczyłam się z urzędem skarbowym. Powoli nadchodziła wiosna... Ruszyłam do boju w najbardziej głupi
i niepoważny sposób, pierwszy, jaki mi w tym buncie przyszedł do głowy. Przecież tak naprawdę nie umiałam żyć, nie umiałam być sama. Byłam uzależniona od mężczyzny. Znalazłam portal dla samotnych i w Internecie szukałam wielkiej miłości. Ciągle nie mogłam uwolnić się od myśli, że za wszelką cenę muszę z kimś być!

Nadeszło lato, zaraz jesień, a ja zdeterminowana dalej na portalu. Już i pracy nie było, odeszłam na emeryturę i prawie cały czas spędzałam w wirtualnej przestrzeni z wirtualnymi ludźmi. Obudziłam się z tego stanu w wyniku kopa. Otrzymałam go od mężczyzny, z którym już trochę pisałam. „Ho, ho, hoooo... Wymagania masz...” – jeszcze dźwięczą mi w uszach słowa, na wspomnienie których czerwienieję z upokorzenia i złości. Bo przecież jakie wymagania może mieć kobieta lekko posunięta w latach? Powinna się cieszyć, że jeszcze ktoś raczył zwrócić na nią uwagę!

A wymagania miałam. Chciałam mężczyzny niepijącego, niepalącego, pracującego lub na emeryturze, który w kobiecie będzie widział kobietę, będzie dla niej oparciem i zwyczajnie... przyjacielem. Muszę przyznać, że czas spędzony na portalu dla samotnych nie był zupełnie stracony (tak przynajmniej teraz to widzę). Po pierwsze, był wspaniałym doświadczeniem, studium socjologicznym niemalże. Dowiedziałam się sporo o mężczyznach szukających tu partnerki.

Po drugie, uświadomiłam sobie, że aby ktoś mógł pokochać i zaakceptować mnie, muszę najpierw sama to zrobić. Bo przecież ja siebie nie kochałam i krzywdziłam, karałam siebie za niedoskonałość, za każdą okazaną słabość. Byłam krytykancka wobec siebie i wobec innych. Stało się dla mnie jasne, że od teraz to ja jestem ważna i moje sprawy. To ja mam siebie szanować, cenić, chwalić i nagradzać. To ja mam zadbać o własne poczucie wartości.

Chyba zrozumiałam, co powinnam zrobić... i zaczęłam to robić, zwyczajnie, powoli, krok po kroku. Porzuciłam bezsensowne siedzenie w Internecie – korzystałam z sieci tylko wtedy, gdy miałam jakąś potrzebę lub dla rozrywki, i od razu zrobiło się miejsce na podjęcie pracy. Praca zmusiła mnie do wyjścia z domu, zadbania o siebie. Przyniosła kontakt z ludźmi i zwierzętami, bo zaczęłam pracować jako asystentka w lecznicy weterynaryjnej. Nie na cały etat, bo chciałam równolegle zajmować się innymi sprawami, chociażby czynnym wypoczynkiem, zaległą lekturą, relaksem. Moja praca w lecznicy nie potrwała, niestety, długo.
  
  
Nie wytrzymywałam kondycyjnie. Już kolana nie te i kręgosłup nadwerężony. Zrezygnowałam, ale już poczułam wiatr w żaglach, byle nie siedzieć w domu, robić to, co lubię, ewentualnie to, czego nigdy nie spróbowałam. Apetyt na życie mnie dopadł. Tak mi się ułożyło niezbyt szczęśliwie w życiu, że nie miałam dzieci. Ale od czego praca niani?! Internet pomógł w znalezieniu „odpowiedniego” dziecka. Chłopczyk, rozkoszny, czteromiesięczny. Taki w sam raz, aby poczuć się trochę mamą. Zaczęłam od założenia mu pampersa tył na przód – nawet nie protestował. Byłam z nim, zdawałam sobie sprawę, że to zajęcie na krótko. Michaś rósł, zaczynał chodzić i czekał na miejsce w przedszkolu. Znowu rozpoczęłam poszukiwania w Internecie, ale tak naprawdę nie wiedziałam, czego szukam...

Pamiętam dzień, kiedy zobaczyłam to ogłoszenie. To było to! Marzyłam o tym skrycie przez wiele, wiele lat: studium psychologii zwierząt. Nie zastanawiałam się ani sekundy. Telefon, informacja i już byłam gotowa. Sprawdziłam tylko stan konta. Na naukę uruchomiłam moją odprawę z byłego miejsca zatrudnienia. Nikt ze znajomych nie traktował mojej decyzji poważnie.

Słyszałam: „W tym wieku nauka? Z młodymi? Nie dasz rady, po co ci to, jedź lepiej na wycieczkę”. Ale ja się uparłam. Stukot kół pociągu wiozącego mnie po raz pierwszy w nieznane wyzwolił nagromadzone we mnie pokłady energii i zapału. Miałam ochotę krzyczeć i czułam się jak dziewczyna przeżywająca pierwszą miłość... Naprawdę! A znajomi dziwili się: „Postawiła na swoim, pojechała!”. Zajęcia nie były łatwe, nauka przychodziła mi z ogromnym wysiłkiem, bo i głowa rozleniwiona, i braki w obsłudze komputera, ale z pomocą dobrych, życzliwych ludzi dałam radę.
 
Czasami zastanawiam się, dokąd zmierzam, czy moje życie można uznać za dobre? Teraz nie wyobrażam sobie innego. Mam satysfakcjonujące zajęcie związane ze zwierzętami. Mam „swoje” dziecko, którego rozwój na bieżąco śledzę. Mam dwa szczęśliwe koty. Rozpoczynam społeczną pracę w ruchu kobiet „Europa Donna”, zajmującym się profilaktyką raka piersi. Zostałam do niego zaproszona jeszcze w trakcie studium, jako aktywna, pełna zapału kobieta, dbająca o swoje zdrowie i wypoczynek. Mam przyjaciół w różnym wieku, różnych zawodów i pasji. Są, bo ja też chcę być z nimi.

Jestem pomocna tam, gdzie moja pomoc jest przydatna i oczekiwana; to mi daje dużo radości.

Nagle przestałam być samotna, odizolowana, jestem szczęśliwa i tak się czuję każdego dnia. Gdy rano otwieram oczy, to uśmiecham się... do siebie.

Zapewne zdziwiłby się teraz mój dawny znajomy z portalu dla samotnych, jakie kolejne wymagania dorzuciłam do znanej mu listy, ale wzorem starszej samicy ptaszka altannika, niekoniecznie zwrócę uwagę na altankę, a bardziej na jego taniec...

 Barbara Tomaszewska
Przeczytano 16712 razy