poniedziałek, 31 marzec 2014 12:55

Wszyscy jesteśmy trymerami

big Koles i mistrz zen OKLADKA miniWiosłujemy, staramy się dokądś dotrzeć, na drugi brzeg, do jakiegoś idealnego miejsca. Ciągle gdzieś gnamy. Dokąd zmierzamy? Co jest tym drugim brzegiem? W zen mówimy, że drugi brzeg jest pod naszymi stopami. To, czego szukamy - sens życia, szczęście, spokój - już tu jest.

JEFF BRIDGES – nagrodzony Oscarem aktor, piosenkarz, autor tekstów i fotograf. Współzałożyciel End Hunger Network i rzecznik kampanii No Kid Hungry.

ROSHI BERNIE TETSUGEN GLASSMAN – założyciel nowojorskiej Wspólnoty Zen, która później przekształciła się w ruch Zen Peacemakers (www.zenpeacemakers.org). Bernie Glassman propaguje buddyzm zaangażowany społecznie. Jest założycielem Greyston Mandala – organizacji działającej na rzecz bezdomnych, biednych, wykluczonych.

BERNIE GLASSMAN: Pozwól, że zaproponuję ci cudowną praktykę zen. Gdy obudzisz się rano, idź do łazienki, wysikaj się, umyj zęby, popatrz w lustro i pośmiej się z siebie. Praktykuj to codziennie, zaczynaj w ten sposób każdy dzień.

JEFF BRIDGES: Robię tak czasami. Zdefiniuj, czym jest praktyka...

B.G.: „Wiosłuj, wiosłuj lekko, po rzeki korycie”. Tak jak dobieramy odpowiednie wiosła, by płynąć, tak dobieramy „wiosła”, by się przebudzić. To właśnie te duchowe „wiosła” nazywam praktykami. Znamy różne rodzaje praktyk: rodem z zen, chrześcijańskie, judaistyczne, islamskie, inne. Twoimi „wiosłami” może być też coś, co nie ma związku z życiem duchowym ani religią – to może być kontakt ze sztuką, oddanie się życiu rodzinnemu albo praca wykonywana z pasją. To może być codzienne poranne patrzenie w lustro z uśmiechem.

J.B.: Dla mnie to włączenie się w pewną przestrzeń, dostrajanie się do niej i tworzenie nowej przestrzeni. Aktorstwo wymaga takiego dostrajania się, trzeba robić mnóstwo małych poprawek: „Dobra, zagraj tę scenę w ten sposób. A teraz w ten sposób”.
Kiedy byłem mały, tata zaproponował mi udział w serialu telewizyjnym Sea Hunt, więc zaczęliśmy ćwiczyć podstawowe umiejętności aktorskie. Na przykład gdy przygotowywaliśmy wspólną scenę, radził: „Nie czekaj ze swoją kwestią aż ja zamknę usta. Słuchaj tego, co mówię, a wtedy poczujesz, kiedy możesz się odezwać. Reaguj na to, w jaki sposób mówię, raz tak, raz inaczej. I postaraj się, żeby to wyglądało tak, jakby się działo pierwszy raz. Wróć i zagraj to zupełnie inaczej. Zrób małą poprawkę”. Gdy medytujemy, też często robimy małe poprawki, by powrócić do jedynej przestrzeni, w której jesteśmy.

B.G.: Ale większości z nas tam nie ma. Wiosłujemy, staramy się dokądś dotrzeć, na drugi brzeg, do celu, do jakiegoś idealnego miejsca. Ciągle gdzieś gnamy. Dokąd zmierzamy? Co jest tym drugim brzegiem? W zen mówimy, że drugi brzeg jest już tutaj, pod naszymi stopami.
To, czego szukamy – sens życia, szczęście, spokój – już tu jest. Pytanie nie brzmi: „Jak mam się dostać stąd – tam?”, ale: „Jak mam się dostać stąd – tutaj?”. Jak doświadczam tego, że nie muszę już nigdzie docierać, bo ten drugi brzeg mam już tutaj i teraz? W buddyzmie nazywa się to Czystą Krainą.
Trudno nam przyjąć i uwierzyć, że nasz drugi brzeg jest tu, gdzie znajdujemy się w tej chwili. Ciągle próbujemy się na niego dostać, a gdy już tam – jak sądzimy – dotarliśmy, reflektujemy się: „O nie, to nie o to mi chodziło, więc teraz muszę płynąć dalej”. I znów próbujemy dostać się na jakiś kolejny „drugi brzeg”. A potem historia się powtarza. Przez chwilę jestem szczęśliwy, bo myślę, że wreszcie dotarłem do celu, ale zaraz potem zdaję sobie sprawę, że to nie to.

J.B.: Mój drugi brzeg jest ciągle w tym samym miejscu. Właściwie zostałem wepchnięty w zawód aktora, gdy miałem pół roku. Ojciec pojechał z wizytą do swojego przyjaciela Johna Cromwella. John reżyserował wtedy The Company She Keeps i potrzebował do filmu dziecka, więc tata podsunął mu mnie. Nigdy nie chciałem być aktorem. Trochę się opierałem, nie chciałem, by ojciec torował mi drogę. Chciałem, żeby doceniano mnie z powodu moich umiejętności, a nie dlatego, że jestem synem znanego aktora. Chciałem robić co innego, znaleźć własną drogę, ale nie wiedziałem, co wybrać, bo interesowało mnie wiele różnych rzeczy. Próbowałem płynąć pod prąd, który niósł mnie w określonym kierunku.
Jednocześnie czułem, że tym drugim brzegiem było wtedy – i jest do dziś – szczęście. Uświadomiłem sobie, że szczęście jest tutaj, pod moimi stopami. Robert Johnson zwrócił uwagę na to, że angielskie słowo happiness, czyli „szczęście”, pochodzi od czasownika to happen – „przydarzać się”. Zatem naszym szczęściem jest to, co nam się przydarza. To całkiem inna perspektywa niż ta, z której patrzyli na szczęście autorzy Deklaracji Niepodległości. Wpisali do niej, że każdy człowiek ma prawo do szczęścia, a zatem jeśli nie osiągnął szczęścia, to ma prawo do niego dążyć. Johnson zauważa jednak, że gdy tylko zaczniemy uganiać się za szczęściem, utracimy je. Co o tym myślisz, Bern?

B.G.: Ciężka sprawa... Wszyscy chcą być szczęśliwi. Chcą dotrzeć tam, gdzie poczują się szczęśliwi, oświeceni, zadowoleni – z tym właśnie większości ludzi kojarzy się „drugi brzeg”. Szukają go w książkach, chodzą na wykłady autorytetów albo do różnych guru, licząc, że tam znajdą pomoc w dotarciu na drugi brzeg, do tej drugiej przestrzeni. Tak jak Dorotka z Czarnoksiężnika z Krainy Oz, która chciała wrócić do domu. Ludzie myślą, że dom to miejsce, w którym poczują się swojsko, gdzie wszystko będzie w porządku. Dorotka odbywa całą tę wędrówkę, odnajduje czarnoksiężnika i uświadamia sobie, że dom jest w Kansas.

J.B.: Na końcu stwierdza, że zaspokojenia dla pragnień swojego serca powinniśmy szukać... na własnym podwórku. Czarnoksiężnik okazał się oszustem, zgadza się?

B.G.: Tak, to było oszustwo, ale zarazem pokusa, bo Dorotkę zagnało do Krainy Oz to samo, co również nas pcha w różne strony. Wydaje nam się, że to, czego szukamy, jest po drugiej stronie tęczy, ale w końcu uświadamiamy sobie, że to jest dokładnie tu, gdzie jesteśmy.

J.B.: Gdy postrzegamy drugi brzeg jako jeden z celów – jak sława, sukces, oświecenie – które chcemy osiągnąć, to nie zauważymy, że już jesteśmy u celu. Grany przeze mnie Jeff Lebowski, czyli „Koleś”, to przykład człowieka, który czuje, że nie musi niczego osiągać. Lubi wylegiwać się w wannie z ulubionym drinkiem, przy śpiewie wielorybów dobiegającym z magnetofonu. Nie napina się, przyjmuje życie takie, jakie jest – i w tym kryje się wielkoduszność. Ludzie mówią o sobie jak o poszukiwaczach sensu, szczęścia, innych wartości. Ja myślę o sobie jak o znalazcy, bo to wszystko znajduję dokoła.
Czułem to już jako dziecko. Moja mama proponowała nam takie ćwiczenie-zabawę, które nazywała „Czas”. Codziennie spędzała jedną godzinę z każdym z trojga swoich dzieci. Gdy nadchodziła moja kolej, mama pytała, co chcę robić. „Chodźmy się pobawić twoim zestawem do makijażu” – odpowiadałem. „Pomaluję cię na klauna, a sam będę potworem”. Gdy dzwonił telefon do mamy, prosiła, by przekazać, że oddzwoni później, bo teraz bawi się ze mną. Kiedy przychodził czas na moją godzinę z mamą – ona skupiała się na mnie całkowicie. Robiła tak codziennie z każdym ze swoich dzieci. Nigdy nie miałem wrażenia, że uważa to za swój obowiązek; dla niej to była frajda. Nie musiałem zabiegać o czas spędzany z matką, bo miałem go pod dostatkiem.
Rodzice postępowali wielkodusznie również wobec innych ludzi. Pracowałem z ojcem przy Sea Hunt i innych filmach. Pamiętam jedną z produkcji telewizyjnych, w których występował ojciec. Reżyser, rozzłoszczony na asystenta, potraktował go bardzo obcesowo, bez szacunku. Ojciec podszedł do reżysera i powiedział przy wszystkich: „Obraziłeś tego człowieka. Zaczekam w przyczepie, dopóki go nie przeprosisz. Daj mi znać, kiedy mogę wrócić na plan”. Ojciec miał silne poczucie godności i sprawiedliwości; gdy ktoś je naruszał, natychmiast reagował.
Już jako dorosły człowiek uświadomiłem sobie, jak wielką satysfakcję ojciec czerpie ze swojej pracy. Uwielbiał aktorstwo we wszystkich przejawach, a jego entuzjazm był zaraźliwy. Gdy wchodził na plan, ludzie od razu myśleli: „Ten facet lubi to, co robi. Może to, co ja robię, to też dobra zabawa?”. Wszyscy się odprężali, robiło się lekko, a taka atmosfera sprzyja kreatywności. Więc jeśli nawet zajmujemy się dość przykrą sprawą, czymś, co nas złości albo zasmuca, to gdy podejdziemy do tego radośnie, wielkodusznie, z serdecznością – wszystko potoczy się swobodniej. Takiej właśnie wielkoduszności miałem pod dostatkiem, gdy dorastałem i dzięki temu zrozumiałem, że to, co mnie uszczęśliwia, znajduje się pod moimi stopami.

B.G.: Muszę jednak przyznać, że nie spotkałem nikogo, kto by cały czas z ręką na sercu mówił: „To jest to. Ten brzeg, na którym w tej chwili stoję, jest moją ziemią obiecaną. Wszystko, czego mi potrzeba, znajduje się tutaj”. Taki człowiek musiałby żyć całkowicie w chwili teraźniejszej, tu i teraz, ale czy ktoś potrafi tak żyć cały czas? Bez względu na to, jak się staramy, pojawiają się sytuacje, od których chcemy się odgrodzić. Ale skoro naprawdę dokądś zmierzamy, skoro chcemy odnaleźć drugi brzeg, to pozostaje kwestia łódki i wioseł. Załóżmy, że docieram na drugi brzeg – i co?
„Dopłynąłem tutaj dzięki tej pięknej łódce i świetnym wiosłom, więc teraz będę je wszędzie ze sobą taszczył”. Narzędzie, które pomogło mi osiągnąć cel, stało się balastem. To ja uczyniłem z niego balast, zamiast się go pozbyć i być wolnym. Gdy po pewnym czasie znowu chcę dostać się na kolejny drugi brzeg, potrzebuję innej łódki z innymi wiosłami, bo tym razem jest to wyprawa przez morze.
Gdy zacząłem praktykować zen, drugim brzegiem było dla mnie oświecenie. Sądziłem, że doświadczając oświecenia, zrozumiem wszystko w pełni i będę szczęśliwy. I właśnie to pierwsze doświadczenie uświadomiło mi, że wszystko znajduje się tutaj, pod moimi stopami, a tym, czego szukam, jest życie – takie, jakie jest w tej chwili; nie ma potrzeby szukać gdzie indziej. Praktykowałem dalej i po pewnym czasie uświadomiłem sobie, że praktyka i oświecenie nie mają końca. A ponieważ doświadczenie oświecenia to przebudzenie się na współzależność życia, będzie ono pogłębiać się w nieskończoność. Zaczynamy od poczucia, że „ja” to moje ciało, a potem świadomość rozszerza się, aż widzę siebie jako cały wszechświat.
Wraz z pogłębianiem się i rozszerzaniem tego rozumienia wiele razy zmieniałem łódkę. Medytuję codziennie, ale musiałem się też nauczyć nowych rzeczy, gdy zacząłem współpracować z ludźmi, którzy nigdy nie medytowali.

J.B.: W aktorstwie ciągle musisz porzucać łódkę. Kręcisz jakąś scenę pierwszy raz i wydaje ci się, że wyszło świetnie. Ale wtedy ktoś mówi, że jakiś włos lub paproch dostał się między obiektyw i taśmę, więc trzeba powtórzyć ujęcie. Trzeba odstawić łódkę, puścić wiosła, zapomnieć o tym, jak wyszło za pierwszym razem, i znowu wejść w pustą przestrzeń.

B.G.: Żeby się dostać na nowy drugi brzeg, musimy znaleźć inną ścieżkę niż pierwsza, wybrać inny środek transportu: kajak, żaglówkę, sterowiec...

J.B.: Okręt podwodny, deskorolkę...

B.G.: Szybowiec. Wybieramy sposób, w jaki chcemy przebyć drogę i odpowiedni środek transportu – nasza praktyka polega właśnie na tym, by dotrzeć tam, dokąd zmierzamy. Gdy jednak pojawia się problem, coś idzie nie tak – zastanawiamy się, czy nie zmienić środka transportu. „Płynąłem tą łódką, wiosłowałem tymi wiosłami i napytałem sobie biedy, czego więc powinienem użyć teraz, by przebyć następny etap?”. To nieustanna praktyka; nie ustajemy w wędrówce i wybieramy różne pojazdy i napędy, które chcemy wykorzystać w następnym etapie drogi. To obejmuje także ludzi obecnych w naszym życiu. Oni też, w pewnym sensie, są łodziami, które pomogą nam dostać się na drugi brzeg. Kiedy wytyczamy sobie nowy cel, często wybieramy innych współtowarzyszy podróży.

J.B.: Wiele osób miało na mnie silny duchowy wpływ w różnych momentach mojego życia. Matka podsuwała nam magazyn „Daily Word” i to była moja podstawowa edukacja duchowa w okresie dorastania. Czasopismo wydawał Kościół Jedności – wspólnota o fundamencie chrześcijańskim, ale bardzo otwarta.
Gdy miałem osiemnaście lat, przez dziesięć tygodni przebywałem na obozie dla rekrutów rezerw Amerykańskiej Straży Przybrzeżnej. Po raz pierwszy byłem tak długo poza domem. Na takim obozie odzierają cię z tożsamości, upokarzają i poniżają, dają ci numer. Pewnego dnia dowódca kompanii zarządził: „No dobra, dupki, jutro wypada niedziela. Wszyscy, którzy chcą iść do kościoła, ustawią się tutaj w szeregu. Pozostałe dupki niech staną w szeregu tam – będą przez cały dzień zaiwaniać po placu apelowym”. Więc wszyscy poszli do kościoła. Pastor, Don Harris, powiedział nam tak: „Gdy wchodzicie do tego kościoła, to już nie jesteście w wojsku. Jesteście w Domu Bożym”.
Wyobraź sobie nas, rekrutów ze skopanymi dupskami, poszturchiwanych, tłamszonych i gnojonych, którzy słyszą, że znajdują się w Domu Bożym, gdzie ceni się ich tożsamość i indywidualizm. To proste stwierdzenie wiele dla mnie znaczyło. Pomogło mi się przestawić, dostroić do zupełnie innej świadomości niż ta, którą wtedy miałem. Don nakierował mnie na chrześcijaństwo, choć zapewne nie było to ortodoksyjne chrześcijaństwo. Zasugerował, żebym przeczytał Ostatnie kuszenie Chrystusa i Sztukę ascezy: zbawcy Boga Nikosa Kazantzakisa.
Ogromny wpływ mieli na mnie również aktor i reżyser Burgess Meredith oraz psychiatra i filozof John Lilly. Na początku lat siedemdziesiątych, gdy grałem w filmie The Yin and the Yang of Mr. Go, Burgess przedstawił mnie Johnowi. Największą sławę przyniosły Lilly’emu badania nad delfinami, komunikacją międzygatunkową i eksperymenty z LSD. Stworzył kabinę deprywacyjną, czyli pozbawioną światła dźwiękoszczelną komorę, którą wypełniał roztworem wody z solą. Interesowała go świadomość odcięta od zewnętrznych bodźców.
Spytał Sue i mnie, czy zechcielibyśmy mu pomóc, chciał z nas zrobić króliki doświadczalne. Ubrany w kombinezon – wyglądał jak jakiś astronauta – podprowadził mnie do kabiny i kazał wejść do środka, położyć się w wodzie, wstać i wyjść, i tak trzy razy, abym nie miał wątpliwości, że będę się mógł wydostać, jeśli zechcę. Wreszcie zanurzyłem się w gęstej wodzie o temperaturze 37 stopni Celsjusza, uszy pod powierzchnią, twarz wystawiona do góry. Słyszałem tylko bicie swojego serca. Pojawił się natłok myśli: „John jakoś dziwnie się zachowywał. Czy on miał kobiece piersi? A w ogóle co jest w tej wodzie?”. Panika! Zreflektowałem się jednak – mój umysł zrobił to, co należało – i zacząłem się odprężać.
Można powiedzieć, że to była moja pierwsza medytacja w życiu. Obserwowałem to,  co się dzieje.
Zwróciłem uwagę na swój oddech, zwróciłem uwagę na to, jak wiele myśli tworzę w tej kabinie, choć przecież świat zewnętrzny nie wchodził ze mną w żadną interakcję. Zobaczyłem swój umysł jako ekran, na którym wyświetlane są myśli i obrazy. Było we mnie silne postanowienie, aby nie dać się porwać tym projekcjom.
Leżałem w komorze przez trzy godziny. Gdy wychodziłem, dopadł mnie natłok barw i dźwięków.  Uświadomiłem sobie, że projekcje mojego umysłu, tak wyraźne i widoczne, gdy leżałem w kabinie, są obecne również po wyjściu z niej. Ale na zewnątrz nie było już tego czystego tła, pustki. Teraz moje projekcje były rzutowane na wszystko, co odbierałem zmysłami, więc słabiej dostrzegałem, że wiele informacji na ich temat pochodzi z mojego wnętrza. To była cenna wiedza, przydała mi się w życiu.
Sięgnąłem po książki Alana Wattsa i, jako dziecko lat sześćdziesiątych, oczywiście po narkotyki. Watts pochodził z chrześcijańskiej rodziny – śpiewał nawet w chórze – a później poznał buddyzm, więc czerpał i odnosił się zarówno do mitologii buddyjskiej, jak i chrześcijańskiej. Zażywał LSD i zanurzył się w kulturze tamtych czasów, tak jak ja.W pewnym sensie każda osoba, którą spotykasz, jest twoim guru, bo od każdego czegoś się uczysz. Ale zarazem jest tak, jak mówisz – jeśli chcę się dostać na drugi brzeg, a potem na kolejny, to zmieniam łódkę, wiosło, zaczynam się zadawać z innymi ludźmi.
A skoro mówimy o łodziach, to... uwielbiam określenie trymer, które spopularyzował Buckminster Fuller, konstruktor i filozof. Statki oceaniczne potrzebują sterów, żeby można było nimi manewrować. Wymyślono więc trymer, mały element sterowy sprzęgnięty z dużym sterem, który kieruje statkiem. Bucky powiedział, że wszyscy jesteśmy trymerami. Żeby zmienić kurs społeczeństwa, musimy sobie uświadomić, że jesteśmy sprzęgnięci z czymś większym. Lubię myśleć, że my dwaj jesteśmy trymerami i że chcemy zachęcić innych ludzi do bycia trymerami i w ten sposób razem obrócimy odrobinę koło sterowe, a to z kolei nakieruje ten wielki statek na kurs, którym chcemy podążać.  

Tekst jest fragmentem książki Jeffa Bridgesa i Berniego Glassmana Koleś i mistrz zen (oryg. The Dude and the Zen Master).
Tłum. Robert Sudół, współpraca Andrzej Krajewski

***
Po raz pierwszy po polsku światowy bestseller Koleś i mistrz Zen (The Dude and Zen Master)
Te wyjątkowe rozmowy o życiu i zen aktora, laureata Oscara, Jeffa Bridgesa z mistrzem Zen roshim Bernie Glassmanem, ukażą się nakładem Wydawnictwa Charaktery.
„Bernie od pewnego czasu stara się przybliżyć zen naszej kulturze i naszym czasom. Chce, żeby stał się bardziej przystępny, adekwatny i praktyczny. I doszedł do wniosku, że świetnie robił to filmowy Big Lebowski. Spytał mnie zatem, czy chciałbym napisać o tym książkę” – zdradza odtwórca tytułowej roli w filmie „Big Lebowski”.
„Przez całe życie chciałem wyrażać swoją prawdę w taki sposób, by niemal każdy mógł ją zrozumieć. Roshi Hakuun Yasutani, sławny japoński mistrz zen, powiedział:
Jeśli nie potrafisz wyjaśnić zen tak, by zrozumiał go rybak, to znaczy, że nie masz pojęcia, o czym mówisz” – pisze Bernie Glassman.

 

 

Zamów książkę przed premierą! Książka KOLEŚ I MISTRZ ZEN Jeffa Bridgesa i Bernie Glassmana w księgarniach pojawi się 8 maja. Już teraz zapraszamy do składania zamówień w naszej księgarni: www.sklep.charaktery.eu

Przeczytano 19113 razy