czwartek, 13 styczeń 2011 12:05

Na czas określony

Gdzie nie spojrzę, wszędzie rozwody. Rozwodzą się już prawie wszyscy. Czym spowodowane jest to tornado? „Takie czasy” to dość słabe wytłumaczenie. Hm, może po prostu weszłam w wiek rozwodowy, kiedy to nieszczęśnik jeden z drugim budzi się z myślą: „Już nadszedł czas”. Się nażyli, naprzytulali, narodzili dzieci, wychowali je, wydali za mąż, rozczarowali… i co teraz?

Teraz czas się rozwieść.

No bo jak inaczej, skoro wciąż ta sama, stara żona? Albo ten sam mąż, który kocha wciąż tak samo, jest wierny i miły jak poranek, przynosi prezenty i zaprasza na spacer? O nie, trzeba go natychmiast zostawić.

Większość ludzi dookoła mnie w ostatnich latach w sposób gwałtowny i niespodziewany postanowiła wziąć rozwód.
Na ich decyzję nie miało wpływu nawet to, że byli skrajnie zakochani w partnerce/partnerze. Teraz liczy się świeżość. Chcieli odejść, więc odeszli. Rozumiem burze i wojny domowe, nawet kończące się tymczasową emigracją... Myślę wręcz, że każdy niełatwy mężczyzna powinien mieć zawsze spakowaną walizkę. Zawsze. 


Gdy kobieta zdecyduje się wyrzucić go na zbity pysk, on powinien pokornie sięgnąć po walizkę i wyjść, by od tej chwili żyć na uchodźstwie. Walizka winna zawierać komplet kosmetyków w malutkich, zastępczych buteleczkach, żeby na tydzień wystarczyło, więcej nie trzeba, bo i tak wróci. Ponadto komplet świeżej bielizny, choć bez przesady z ilością, dwa T-shirty, portki, sandały (zimą też sandały, niech cierpi kochaneczek!), ręcznik, golarkę oraz ulubioną książkę – Salingera „Buszujący w zbożu”, którą może czytać wyłącznie na uchodźstwie.


Przecież całymi miesiącami marzy, by ona go z chałupy zechciała wywalić, bo on strasznie ciekaw, co w tym zbożu (ma więc przy okazji wspaniałe warunki do rozwoju duchowego). Gnany jej pożegnalnym „Won, tępaku!!!”, z czułością odda się czytelniczej namiętności. Czy to nie piękne, czy właśnie dla tej chwili nie warto żyć? Po powrocie oboje na nowo mogą oddać się wspólnemu przeżywaniu.



A nie zaraz rozwód!


Czy hasła „rozwód” da się jakoś uniknąć w naszym życiu? Albo Helki, wrzeszczącej do mojego domofonu: „Aśka otwieraj, Zbychu mnie zostawił!”. Jak tu takiej nie otworzyć? Potem wpada taka do przedpokoju, rzuca się na dywan w paski i zawodzi, ryjąc nosem od paska do paska, rzężąc jakieś obelżywe słowa pod adresem Zbycha, a mnie obdarowując niezliczoną ilością


„Dlaczego?”.


A skąd ja mam wiedzieć dlaczego? A nie mogłoby być tak, że małżeństwo zawiera się na czas określony, tak jak umowę-zlecenie? Biorąc ślub, od razu dostajemy rozwód, taki na zaś. I w każdym momencie naszego wspólnego życia już jesteśmy po rozwodzie, a jeśli ze sobą zostajemy, to tylko dlatego, że jeszcze chcemy. Żeby młoda para poczuła się w miarę swobodnie – pierwsza faza umowy powinna trwać dwa lata. W tym czasie nakupują garnków, poprzestawiają meble i kupią telewizor. Pojawienie się pociech w tym okresie zakazane. Póki nie są pewni, że chcą być razem na dłużej, to nie ma co… Dziecko w początkowej fazie może poważnie wpłynąć na decyzję w sprawie przedłużenia umowy, a ta powinna być zawarta szczerze i bez nacisków.


Po dwóch latach, jeśli delikwenci poczują, że coś ich jednak łączy i że chcą jeszcze kupić samochód, mogą umowę przedłużyć do lat 5. Zobaczcie – umowę przedłużają albo nie, bez rozwodu i rozdzierania szat. Jeśli nie przedłużają umowy, to każde po prostu bierze po garnku, meblu, on telewizor, ona program telewizyjny i rozchodzą się... Każde kieruje się prosto do mamusi (swojej mamusi, tylko niech się nie pomylą, błagam!). W przypadku chęci kontynuowania związku, zostają ze sobą na kolejny okres, który trwa dłużej, ale też można w tym czasie zabawić się w rodziców.


Gdy dziecko dorośnie do lat 3 – wiadomo... para zaczyna przeżywać typowe dla tego czasu rozczarowanie. Wcześniej musieli latać za bobasem, zmieniać pieluszki, karmić i pocieszać, wsmarowując nieprzytomnie żel kojący dziąsła, bo mały biedaczek ząbkuje, więc zwyczajnie nie mieli czasu na refleksję na temat partnera.


Bobas idzie do przedszkola i gdy nareszcie jest czas na zajęcie się sobą, na kino, kawiarnię czy spacer… z bólem odkrywają, że to już nie to, że ona/on się zmienili i zniknęła namiętność. Wtedy przed rozwodem może ich uratować pragnienie posiadania garażu, jeśli takowe się pojawi – umowę można przedłużyć na 10 lat. To trudna decyzja, ale będzie garaż! I bobas uratowany.
Może też być odwrotnie. Dziecina osiąga wiek przedszkolny i gdy przygotowuje papierową czapeczkę do spektaklu na Dzień Matki... tatuś i mamusia postanawiają nie przedłużać umowy na kolejne lata. I wszystko jest OK, bo przecież już dawno jest po rozwodzie, maluch jeszcze nie kuma, ale spokojnie – dorośnie, to jeszcze sam skorzysta z małżeńskiej umowy-zlecenia z gwarancją rozwodu.


Taka koncepcja małżeństwa nabiera kolorów po 10-letnim okresie jej trwania. Garaż może przecież dać małżonkom tak wiele satysfakcji, że mimo nudy w związku, licznych zdrad i notorycznym życiu na uchodźstwie, uda im się dotrwać do 10. roku wspólnego pożycia. Przedłużenie umowy na tym etapie powinno być ekstremalne, czyli na lat 20.
Myślę jednak, że większość par nie przedłuży tej ekstremalnej umowy. Więc po cholerę ta koncepcja, skoro i tak się rozstają? Hm, jak ją wymyślałam, miałam więcej zapału...

Joanna Kołaczkowska

Autorka jest aktorką kabaretu „Hrabi”. Autorka tekstów kabaretowych, współrealizatorka niezależnej wytwórni filmowej A`YoY. Prowadzi autorski blog www.blogpartyzancki.pl. Mieszka w Warszawie z córką Hanną.
Przeczytano 13460 razy
Więcej w tej kategorii: « Jonasz