wtorek, 02 listopad 2010 12:09

O sprawach ważnych i zwyczajnych

Czasem warto się zatrzymać i spojrzeć na swoje życie. Znam to ze swojego doświadczenia oraz refleksji ludzi, którzy z różnych powodów spotykają się ze mną. Może się okazać, że sprawy i rzeczy dawniej ważne – być może najważniejsze – stają się wyblakłym wspomnieniem, a zwyczajne, codzienne  – nabierają wagi i znaczenia.

Nie jest łatwo odbywać tę drogę w samotności. Dobrze mieć „towarzysza podróży”, który zada w odpowiedniej chwili właściwe pytanie, czasem w sporze pozwoli na sprecyzowanie własnego stanowiska, zgadzając się z nim lub pozwalając na odrębne zdanie i zachowując swoje.

Każdy zna fascynacje ważnymi lekturami, różnymi w kolejnych okresach życia. Niektóre z nich pozostają z nami na zawsze, inne wspominamy lekceważąco. Jednak one kształtowały kiedyś naszą wrażliwość i może wyrzeczenie się ich coś nam odebrało. Warto niekiedy przypomnieć sobie tamte właśnie lektury i nas samych z dawnych czasów – czy wyrzucając te książki, nie wyrzekliśmy się też nadziei na miłość, przyjaźń, zaufanie do ludzi?


Ważną częścią psychoterapii jest odnajdywanie tych zasypanych przez czas i niedobre doświadczenia ścieżek do dawnych wzruszeń, nadziei, miłości. Najczęściej docieramy do pierwszych ważnych osób w naszym życiu – rodziców. I zadajemy sobie pytanie: Co to znaczy być wychowywanym z miłością, w poczuciu bezpieczeństwa? A potem następne: Czy ja wychowuję z miłością moje dzieci?

Jeśli odpowiedź jest twierdząca, to znaczy, że otrzymaliśmy i dajemy „pozytywny posag” na dalsze życie. Składa się na niego doświadczanie miłości jako radości bycia razem, ale także wzajemne szanowanie swoich granic; umiejętność przebaczania i szukania rozwiązań trudnych sytuacji, tak aby nie urazić drugiego człowieka; niekierowanie się chęcią zemsty i „postawienia na swoim”; przekonanie, że zawsze możemy liczyć na siebie nawzajem.


Jest to sytuacja idealna, ale możliwa, i znam osoby mające taki start w dorosłe życie. Ale jeśli nawet nie jest ona realna, to posiadanie w otoczeniu kogoś, kto jest dla nas oparciem, staje się naszą wielką szansą. Gdy w trudnej sytuacji słyszymy: Jestem z tobą, poradzimy sobie..., wszystko staje się mniej straszne, bardziej możliwe do zniesienia.

Bliźniaczą siostrą miłości jest przyjaźń


Profesor Leszek Kołakowski zapytany o najważniejsze dobro w życiu, na pierwszym planie stawiał przyjaźń, która w odróżnieniu od miłości nie idealizuje, opiera się na zaufaniu i zaufanie ofiarowuje. Przyjaźni się nie zawiesza w obliczu załamań i niepowodzeń przyjaciela – zakłada ona, że wszyscy jesteśmy niedoskonali. A nasze zaufanie czyni nas i innych lepszymi – mówił Profesor. Przyjaźń jest więc najlepszą, najtrwalszą podstawą miłości.


Często nasuwają mi się porównania między wychowaniem a psychoterapią, rozumianą jako ważne spotkanie, którym rządzą określone prawa i zasady. Co prawda istnieją między nimi oczywiste różnice – ale, moim zdaniem, jest w tych procesach wiele podobnych dylematów, trudności, zwątpień i radości.


Mówi się słusznie, że dzieci (niezależnie od wieku) raczej patrzą niż słuchają. To samo dotyczy ludzi, którzy przychodzą do terapeutów, często mając w swojej historii lekceważenie przez najbliższych, skrzywdzenie, nieufność. I cokolwiek terapeuta mówi na temat prawdy, dobra, sprawiedliwości i zaufania, to jest niewiarygodny, jeśli nie reprezentuje swoją postawą tych wartości, zapomina o spotkaniu, spóźnia się, rozmawia w czasie sesji przez telefon.


Porównuję czasem pracę terapeuty do podłączenia „sztucznego serca” na czas leczenia poważnej choroby układu krążenia. Trzeba przyjąć i zaakceptować na czas terapii zależność pacjenta, pracować nad nią i umożliwić mu odzyskanie autonomii. To jej poczucie pozwala na podjęcie decyzji o odejściu. Tak dzieje się w prawidłowo funkcjonujących rodzinach, tak zdarza się w przebiegu psychoterapii. Bywa, że jest to odejście na zawsze. Niekiedy spotykamy się w innych rolach i podobnie jak rodzice dorosłych dzieci, z satysfakcją dowiadujemy się, że mieliśmy udział w dobru, które stało się kogoś udziałem. Wtedy ma się poczucie, że „warto żyć”.


Człowiekowi wiele razy skrzywdzonemu trudno zdobyć się na zaufanie. Zbyt często zostało ono wystawione na próbę, zawiedzione.
Lidia Mieścicka
Przeczytano 5550 razy