piątek, 07 wrzesień 2012 08:04

Ślady

A teraz najbardziej intymne, osobiste, prywatne, szczere, no dobrze – ekshibicjonistyczne wyznanie, na jakie mnie stać: ja nie mówię żadnym innym językiem poza polskim! Uff, ulżyło. No dobrze, dodam jeszcze: i wcale się tego nie wstydzę.

 

Gdzieś, kiedyś do sklepu zoologicznego wszedł pięknie ubrany mężczyzna i oznajmił sprzedawcy, że oto zamierza nabyć papugę. Ale nie taką zwyczajną, tylko taką niezwyczajną, najpiękniejszą, jaka jest w obrocie handlowym. Pieniądze nie grają roli. Sprzedawca zatarł ręce i wskazał na papugę prawie tak piękną jak klient. Spodobała się. Pada pytanie o cenę. – Tysiąc złotych – odpowiada sprzedawca. – Poza tym ona mówi. Klient przygląda się bacznie, ale wskazuje na inną, mniej ładną, i w oczach ma pytanie o cenę. – Pięć tysięcy – oznajmia sprzedawca. – Ona mówi w dwóch językach. Klient, nieco zaskoczony, wskazuje jeszcze inną. – Piętnaście tysięcy.

 

Ta zaś włada biegle pięcioma językami. Klient podchodzi do papugi pozbawionej jakiejkolwiek urody – właściwie nawet z trudem przypominającej papugę. Sprzedawca w lekkiej konfuzji informuje: – Sto tysięcy. Ona nie mówi żadnym językiem, ona w ogóle nie mówi. Ale wszystkie papugi mówią do niej„szefie”. Od kiedy pamiętam, zawsze mówiono do mnie „szefie”.  Nie mówię żadnym innym językiem poza polskim, ale nieraz powraca do mnie silna tęsknota wyrażona w modlitewnej frazie Herberta, którą w „Charakterach” wzięliśmy za motto nie tylko jednej sekcji pisma, ale całej naszej misji: „i żebym rozumiał innych ludzi inne języki inne cierpienia...”. To piękny ciąg obiektów do pojęcia: ludzie, ich języki i ich cierpienia. Niekoniecznie Wielki Poeta wymieniając „języki”, miał na myśli oralność. Jest język ciała, jest język emocji, jest język międzyludzki. Cierpienie jest takim językiem międzyludzkim. Miłość także. Najpiękniejszym językiem jest cisza.

 

To się zdarzyło kilka miesięcy temu w Jerozolimie. Wieczernik na Górze Syjon, wypełniony gwarem licznych turystów i/lub pielgrzymów, stał się miejscem niewysłowionej tortury. Już chciałem wyjść, gdy tłum nagle ruszył za swoim przewodnikiem. Zostało nas kilkoro. Świeccy i duchowni. Usiedliśmy, gdzie kto mógł. Nastała cisza. Trwaliśmy w niej dłuższy czas. Zaczęliśmy spoglądać na siebie, coraz dłużej, coraz śmielej, prosto w oczy. Zaczęliśmy się uśmiechać do siebie. Ktoś się zaśmiał. Ktoś mu zawtórował. Było dobrze. Było blisko. Uniosło nas, było wzniośle, ale nie za wysoko, tak w sam raz, po ludzku. Pamiętam znalezioną w Internecie wypowiedź mężczyzny, w moim wieku.

 

Mówił: „Najpiękniejszy dzień w moim życiu był wczoraj. Spotkałem po południu na lotnisku pewnego mężczyznę. Zaczęliśmy rozmawiać. Od pierwszego zdania wiedziałem, że niewiele nas łączy. Rozmawialiśmy całe popołudnie i całą noc. Z wiedzą, że nic nas nie łączy. Padliśmy sobie w objęcia. Poczuliśmy Bożą Obecność. Muszę dodać, że ja jestem ortodoksyjnym Żydem z Nowego Jorku, a on muzułmańskim Palestyńczykiem z Izraela”. Czy mówimy obcymi językami, czy nie, zawsze, tak czy siak, liczy się obecność. Wspólna obecność. Ale żeby razem pomilczeć albo zbliżyć się we wspólnej obecności, warto chyba powiedzieć kilka słów w jakimkolwiek języku. Mnie pozostaje Pawłowe pocieszenie: „choćbym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał...” Albo cymbał.

 

Bogdan Białek

Przeczytano 7539 razy