czwartek, 27 wrzesień 2012 12:21

Wierni słowom niepewnym

W naszą pracę, poza dyskrecją, wpisana jest niepewność. Dylemat, jakie słowo wybrać, towarzyszy nam nieustannie, bo mamy świadomość, jak wielką wagę mają słowa. Tłumaczenie jest jak operacja na otwartym sercu.

EWA KANIGOWSKA-GEDROYĆ jest filologiem angielskim, tłumaczem konferencyjnym, współpracuje z administracją rządową, ministerstwami sprawiedliwości i spraw zagranicznych oraz instytucjami międzynarodowymi, a także z placówkami dyplomatycznymi w Polsce, w tym od wielu lat ściśle z Ambasadą Zjednoczonego Królestwa w Warszawie.

PAWEŁ GRANICKI jest tłumaczem konferencyjnym, tekstowym i przysięgłym, uczy tłumaczenia ustnego. Tłumaczył konferencje z udziałem prezydentów, premierów, ambasadorów UE w Polsce. Jego klientami są m.in.: Forum Ekonomiczne w Krynicy, Ambasada UK, PAN, ministerstwa: Sprawiedliwości, Finansów, Gospodarki, Ochrony Środowiska, Zdrowia.

 

 

MAGDA BRZEZIŃSKA: Mam gęsią skórkę, gdy w filmie „Tłumaczka” oglądam scenę, w której tytułowa bohaterka pracująca w ONZ przez przypadek słyszy rozmowę w jednym z afrykańskich języków. Ten język rozumie tylko ona, a z rozmowy wynika, że ktoś planuje zamach na prezydenta jednego z afrykańskich krajów. Od tej chwili w jej rękach spoczywa życie polityka i losy kilku krajów...

EWA KANIGOWSKA-GEDROYĆ: Na szczęście nigdy nie byłam w takiej sytuacji jak tłumaczka z filmu Pollacka. Mam inną ulubioną scenę w tym filmie, która pokazuje coś, czego i ja doświadczam w swojej pracy.

To moment, kiedy pokazane są kabiny, w których pracują tłumacze z całego świata. Z każdej dochodzi szmer, który łączy się z pozostałymi szmerami. To jest metafizyczne doznanie. Nade mną dziesiątki wymieszanych języków, obłok słów i dźwięków, które są wytworem intelektu, bystrości ludzi,

ich niesamowitych kompetencji językowych. Jestem wtedy dumna i czuję niesamowitą jedność z tymi, którzy tłumaczą. W tej współczesnej wieży Babel mam poczucie wspólnoty z innymi tłumaczami, jako ich towarzysz doli i niedoli. To czułam, gdy towarzyszyłam w spotkaniu na linii demarkacyjnej między Koreą Północną i Południową.

Ja i tłumacz pułkownika, który do nas przyszedł, spojrzeliśmy na siebie, uśmiechnęliśmy się i od razu poczuliśmy się jak dobrzy koledzy. Choć wywodzimy się z innych kultur, z innych wspólnot językowych, to jednak podczas tego spotkania jesteśmy przyjaciółmi, przyjaciółmi tłumaczami.

Chociaż stoicie po dwóch stronach granicy...

PAWEŁ GRANICKI: Nigdy tak tego nie traktujemy. Tłumacze przeciwników nie są swoimi przeciwnikami. Chcemy po prostu dobrze tłumaczyć. Bywają też takie sytuacje, w których szczególnie się angażujemy i zależy nam bardziej niż zwykle, by dobrze tłumaczyć. Dla mnie takim wydarzeniem było tłumaczenie podczas posiedzenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu w sprawie zbrodni katyńskiej. Gdy widziałem na sali rodziny pomordowanych w Katyniu, adwokatów, którzy założyli polskie togi na cześć pomordowanych prawników, to czułem ogromne emocje.

EK-G: Serce wtedy mocno pika, a Paweł...  szlocha.

PG: Wiem, że to jest nieprofesjonalne, ale ja już tak mam, więc gdy zaczynam szlochać, to szybko zastępuje mnie tłumacz, z którym siedzę w kabinie, tzw. konkabin. W niektórych sytuacjach po prostu nie potrafię opanować wzruszenia, np. gdy tłumaczyłem premiera Mazowieckiego opowiadającego o swojej misji w Jugosławii, albo podczas obchodów likwidacji getta żydowskiego w Białymstoku, gdy przemawiali ocaleni.

EK-G: Emocje pojawiają się nie tylko w takich wzruszających momentach, ale też w codziennej pracy. Gdy wchodzimy do kabiny dla tłumaczy, uruchamia się

w nas taki wewnętrzny element konkurencji: żeby tłumaczyć lepiej i jeszcze lepiej. Tłumaczom w kabinie zdarza się popisywać przed sobą wzajemnie.

Czytałam, że w kabinach tłumacze symultaniczni mają tzw. przycisk kaszlowy, którego naciśnięcie powoduje, że klient nie słyszy tego, co się dzieje w kabinie. Często wykorzystujecie ten przycisk?

EK-G: Często. Paweł naciska, gdy łapie go kaszel, a ja, gdy muszę siarczyście zakląć.

PG: A czasami pytamy kolegę o jakieś słowo. Ten przycisk bardzo się przydaje podczas dużych konferencji, transmitowanych przez mnóstwo stacji telewizyjnych. W plątaninie kabli i mikrofonów czasami trudno wszystko dosłyszeć, zrozumieć. Siedzimy w kabinie jak na dynamicie, puszczają nerwy...

Czy to prawda, że tłumacz symultaniczny dobrze, intensywnie, na pełnych obrotach tłumaczy przez 20–30 minut, a potem powinien zmienić go konkabin?

PG: Tak tłumacze powinni pracować, ale to nie znaczy, że tłumacz, którego po 20 minutach zmienia konkabin, całkowicie się wyłącza i odpoczywa. Niektórzy wychodzą wtedy z kabiny, ale są tacy tłumacze, którzy siedzą cały czas w kabinie, słuchają zmiennika, pomagają mu w razie potrzeby.

To specjalna umiejętność, połączenie wiedzy, delikatności i empatii.

EK-G: W instytucjach europejskich są kabiny trzy- i czteroosobowe.

Dla mnie idealna jest trzyosobowa, bo w niej nigdy nie zostaje się samemu. Kiedyś podczas tłumaczenia złapał mnie kaszel – byłam bezradna, bo mój konkabin wyszedł na papierosa. W trzyosobowych kabinach tłumacze tłumaczą na jeden konkretny język, na przykład na polski, ale każdy z nich ma różne kombinacje języków. Jeden tłumaczy na przykład z niemieckiego, holenderskiego i angielskiego, drugi z francuskiego, hiszpańskiego i włoskiego. Czasami jednak zdarza się, że choć w kabinie są tłumacze operujący 15 językami, to żaden z nich nie zna greckiego, a tu nagle wychodzi na mównicę Grek i odzywa się w ojczystym języku.

Co wtedy?

EK-G: Wtedy przechodzi się na tzw. relay, czyli tłumacza, który tłumaczy z tego greckiego na jeden z języków nam znanych, a z którego my z kolei tłumaczymy na swój język docelowy... Praca tłumacza na relayu jest bardzo stresująca, bo to na jego tłumaczeniu bazują pozostali tłumacze.

Więc jeśli on coś przekręci, to wszyscy źle przetłumaczą...

EK-G: Jeden z tłumaczy w ONZ opowiedział mi historię zasłyszaną od jego rodziców, również tłumaczy. Sprawa dotyczyła brytyjsko-argentyńskiego konfliktu o Falklandy. Na Radzie Bezpieczeństwa ONZ sprawozdawcą była Brazylia. Przedstawiciel Brazylii postanowił zdać raport w języku francuskim, mimo że znał ten język bardzo słabo. Choć w ONZ wszyscy tłumacze mają w kombinacji francuski, i to na świetnym poziomie, to nic nie rozumieli z bełkotliwego wystąpienia Brazylijczyka, więc wszyscy przełączyli się na relay w kabinie angielskiej. Wszystko teraz zależało od tłumacza tłumaczącego z francuskiego na angielski. Tłumacz mówił pięknie, potoczyście i – jak sam potem opowiadał – zmyślił praktycznie całe przemówienie, choć sądzę, że to była kokieteria z jego strony. Domyślam się, że raczej czegoś nie dopowiedział, niż dodał od siebie. Jego tłumaczenie zostało nagrane, a na podstawie nagrania sporządzono raport w języku angielskim i ten raport przedłożono mówcy do akceptacji. A tu, jak na dłoni, było widać całą inwencję twórczą tłumacza...

Gdy mówca z Brazylii przeczytał raport, bardzo zadowolony stwierdził, że to jest dokładnie to, co powiedział.

Czyli tłumaczenie, a właściwie wariacja na temat przemówienia była genialna...

PG: My też jako tłumacze znaleźliśmy się w podobnej sytuacji. Na festiwalu sztuki mediów we Wrocławiu tłumaczyliśmy długie, półtoragodzinne wykłady.

Gdy przemawiał Japończyk, to tłumaczyliśmy go właściwie wyobrażając sobie, co mówi. Po tym wystąpieniu prowadzący zaprosił uczestników do dyskusji, dodając: „ja wprawdzie nie zrozumiałem ani słowa, ale może państwo, którzy słuchaliście wystąpienia tłumaczonego przez tłumacza, jesteście w lepszej sytuacji”. To są opowieści anegdotyczne, ale generalnie naszym zadaniem jest tłumaczenie przekazu, jego przesłania.

Czy to jest wierne, co to znaczy wierne – to kwestia dyskusyjna.

Bo wierne można zrozumieć słowo w słowo, verbo pro verbum...

EK-G: Tak, tłumaczenia są ponoć albo piękne, albo wierne...

PG: Dylemat, jakie słowo wybrać, towarzyszy nam nieustannie. Mamy świadomość, jak wielką wagę mają słowa. A że w nasz zawód, poza dyskrecją, wpisana jest niepewność...

sic3b

 

Cały artykuł w "Słowach"

 

Kup wydanie papierowe

 

Kup e-wydanie

Przeczytano 13904 razy