wtorek, 09 październik 2012 08:04

Marek Bieńczyk o kuchni i literaturze

BIENCZYK_Marek_010Marek Bieńczyk został tegorocznym laureatem Literackiej Nagrody Nike za „Książkę twarzy”.


MAREK BIEŃCZYK jest pisarzem, historykiem, tłumaczem z języka francuskiego, eseistą i enologiem. Pracuje jako historyk literatury w Instytucie Badań Literackich PAN, wykłada też w Studium Literacko-Artystycznym UJ w Krakowie. Jest członkiem International Federation of Wine and Spirits Journalists and Writers (F.I.J.E.V.), współtwórcą pierwszego polskiego przewodnika enologicznego Wina Europy. Autor Kronik wina, a także zbiorów esejów: Szybko i szybciej – eseje o pośpiechu w kulturze; Czarny człowiek. Krasiński wobec śmierci; Melancholia. O tych co nigdy nie odnajdą straty; Przezroczystość.

Nike jest nagrodą za najlepszą książkę roku. Przyznawana jest zawsze w pierwszą niedzielę października, w tym roku po raz 16. Zwycięzca wyłaniany jest w trzech etapach. Pierwszy to 20 nominacji ogłaszanych w maju, drugi etap to wybór siedmiu finalistów na początku września. Decyzję o przyznaniu nagrody jury podejmuje w dniu jej wręczenia. Zwycięzca otrzymuje 100 tys. zł i statuetkę Nike dłuta prof. Gustawa Zemły.


okladka-2-2012O kuchni i literaturze z Markiem Bieńczykiem w specjalnym wydaniu „Smaki: psychologia& kuchnia” rozmawiała Magda Brzezińska.

MAGDA BRZEZIŃSKA: Czy miałby Pan coś przeciwko filecikom z drozdów z truflami albo przepiórce po genueńsku?

MAREK BIEŃCZYK: Fileciki z drozdów? Bardzo chętnie, bo przecież banda Robin Hooda, której byłem członkiem, coś takiego jadała.

A nie, to menu z restauracji w słynnym „Gribojedowie” w Mistrzu i Małgorzacie. Czytając je, czuję zapach czosnku i bazylii z sosu genueńskiego. A Pan ma takie ulubione literackie menu?

Pierwsza myśl to Flaubert. Jeden z moich ulubionych szkiców o nim zaczyna się od słów: „U Flauberta jada się dużo”. Dla mnie metrem z Sevres literackiego opisu kulinarnego jest scena z Madame Bovary, gdy Emma udaje się na bal do markiza d’Andervilliers na zamek w Vaubyessard. Siada przy stole i nie bardzo wie, jak się zachować przy tych wszystkich wspaniałościach, wnoszonych potrawach. Zdjąć rękawiczki do szampana czy nie? Opis tego, co podano na stół, jest krotki, ale treściwy. Flaubert cudnie opisał te kikuty homarów, kelnerów w białych rękawiczkach, całą etykietę serwowania wystawnej kolacji. A przede wszystkim zmieszanie Emmy i jej złudzenie, że znalazła się w najlepszym z możliwych światów.

A w jakiej kolacji czy śniadaniu literackim chciałby Pan wziąć udział, gdyby to było możliwe?

Wiem przede wszystkim, gdzie bym nie chciał. Na pewno nie chciałbym iść do Rabelais’go, bo bym tego nie przeżył. Pantagruel z resztą wzięliby mnie za nieprzygotowanego do życia
inteligencika. I chyba słusznie.

No tak, te uginające się od jadła i napojów stoły...

Odczuwam niechęć do uczt bezkresnych i bez żadnych ograniczeń. Apetyt Rabelais’go mnie nieco przeraża. Nie mam dionizyjskiego nastawienia ani do jedzenia, ani do wina, czyli nażreć się i napić do upadłego. Wolę raczej intymne posiłki w małym gronie. Joanna z Ravikiem z Łuku Triumfalnego, pijący calvadosa w jakimś paryskim barze... coś takiego... Chętnie zjadłbym obiad z Kubusiem Fatalistą, gdzieś przy drodze, w rowie... i pociągnął z jego bukłaczka. Właściwie to jest mój ideał jedzenia – w poczuciu absolutnej wolności, poza etykietą. Tak to sobie wyobrażam: wino, kawałek chleba, cebula, pomidory i oliwa. I ser kozi. I nic więcej.


Cała rozmowa w wydaniu specjalnym „Smaki: psychologia & kuchnia”.

Przeczytano 5458 razy