czwartek, 13 styczeń 2011 10:59

Hobby trzeba mieć

Choćby skromne i przez otoczenie zupełnie niedostrzegane, ale wypada. Dzięki posiadaniu hobby mamy poczucie wolności i udowadniamy całemu światu, że nikt nam na ciemię nie nadepnął, że zainteresowania i wiedzę mamy. Moje hobby to dygresja. Uwielbiam, ale wiem, wiem – w dygresji najważniejsza jest umiejętność powrotu do tematu głównego. Jeśli to potrafimy, natkniemy się na podziw i wdzięczność słuchacza, co z kolei daje nam pewność, że w przyszłości możemy liczyć na kolejne rozmowy.

Moja córka w dążeniu do posiadania hobby jest zaciekła i stara się kolekcjonować, co tylko może. Ostatnio oświadczyła mi, że kolekcjonuje piłkarzy. Świetnie – pomyślałam – zaczyna się.

Piłkarze, potem piosenkarze, aktorzy, a za chwilę pewnie będzie kolekcjonować narzeczonych. Niedługo nadejdzie czas, który prorokowałam od samego urodzenia tej blond niewiasty.

Czas radzenia sobie z kawalerami, którzy wystawać będą pod klatką, trzymając łapska w kieszeniach (to niezbędny element), będą podpierać ścianę i, wypluwając co parę sekund to, co trzeba wypluć, tęsknie będą zerkać w nasze okna. Taki mam plan – tak będzie, bo tak wymyśliłam i obym się nie myliła, bo plan przewiduje również moją interwencję. Wizja tej interwencji rajcuje mnie tak bardzo, że nie mogę się doczekać, kiedy nastąpi. Wymyśliłam sobie tak. Puka do naszych drzwi taki z dredami na łbie, z kolczykiem w nosie, igłami w ustach i języku.

Takiego ekstremalnego sobie wymyśliłam, żeby złapać porozumienie z innymi rodzicami. No więc on puka, ja patrzę przez wizjer, w ręce ściskam dobrze namo­czony w zimnej wodzie ręcznik z czasów Gierka, więc twardy jak kamień i zużyty jak coś tam. Zaglądam i szepczę drżącym głosem „tu jesteś kruszynko...”.

Otwieram drzwi. Stoi i spoziera na mnie wyłupiastymi oczami, bo tyle ma powbijanych w powieki gwoździ.

– Jest Hania? – on mówi.
– Jest. A co? – odpowiadam zgodnie z zasadami savoir vivre’u.
– Mogę ją prosić? – pyta żabie oko.
– Możesz. Proś – jadę konsekwentnie z bon tonem.
– Yyy...
– Yyy co? – taki dialog mam wymyślony, co zrobić.
– Haniaaa! – bezczel zwraca się bezpośrednio do niej. – Jedziemy na koncert Opeth, noclegi w namiotach. Jedziesz?

Moja Hania pod namiot, z chłopakiem? Z tym tutaj?! Przecież w tym namiocie mogą zrobić wiadomo co, a matka musi reagować zawczasu, żeby nie zbierać żniwa. Pod namiot z tym jeszcze dzieckiem, co to się jeszcze nie interesuje pogodą na jutro, a to, jakie będzie ciśnienie, jest na końcu jego priorytetów, które gdzieś ma efekt cieplarniany, a tym bardziej oszustwo cieplarniane?! Z dziecinką, która nie zdaje sobie sprawy, jak kości człowieka bolą, gdy zaczyna się starzeć i że czasem należy podejść i zapytać, czy mamy ochotę na gorącą herbatę?

Na koncert Opetha, żeby im naryczeli do ucha? Z młodocianą gadziną, która, jeśli tylko nadarzy się okazja, bezczelnie przebiegnie chyżo obok nas, w czasie gdy my ledwie posuwamy się po chodniku z prędkością 2 km/h? O nieeee... I teraz w mojej opowieści następuje moment, w którym dostaję dzikiego szału. Moja ręka, a wraz z nią cała jej siła, przez lata nabywana przy krojeniu cebuli, z mokrym plaśnięciem ląduje (boli, oj boli) na plecach młodego waszmościa. Raz i drugi słychać szelest prężących się z bólu mięśni, patrzy na mnie, popiskując jak mysz, więc to mnie jeszcze bardziej roz­ścierwia i tłukę marchewą po udach, i w końcu po dredach. Hania za moimi plecami krzyczy: „Mamo, to kolega Wojtek”. Wojtek powiadasz! – od tej chwili wiem, że naparzam Wojtka.

W samoobronie nadstawia plecy, więc uczciwie zajmuję się plecami. Tymi samymi, które – o sprawiedliwości moja – kiedyś ugną się pod ciężarem lat i doświadczenia, każdego to czeka, więc pozwólmy sobie na tę chwilę szczęścia. Woda rozpryskuje się po klatce schodowej, kolczyki i inny śrut spada po schodach, a ciekawi życia sąsiedzi wystają zza drzwi, szepcząc: „apokalipsa idzie”.

Gdy kończy się woda w ręczniku, opuszczam dłoń i dopiero dostrzegam, że niedoszły narzeczony Hani już dawno ucieka podwórkiem, a za nim kilku podobnie ustylizowanych kolegów. Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku mówię do córki: „Haniu, nie będzie łatwo” i moczę ręcznik na kolejną wizytę kolejnego kawalera. Hania patrzy na mnie i mówi: „Mamo, Wojtek to przewodniczący szkoły”. No cóż, być może popełniłam błąd, być może otłukłam przewodniczącego szkoły, ale nie będzie mi zabierał córki na Opeth i pod namiot. Koniec kropka.

Ale o czym ja... Aaaa, no więc mówi mi Hania, że będzie kolekcjonować naklejki z piłkarzami, i że ma już Naniego z Manchester United, Iniestę z Barcelony i Christiana Ronaldo z Realu Madryt. Zdziwiło mnie to nagłe zainteresowanie mojej 10-letniej córki piłką nożną. Pytam, skąd ma naklejki, a moje dziecię informuje mnie, że ktoś jej podrzucił do tornistra. Szeroko się uśmiecham, słodkie to i takie oczywiste. Ktoś jej podrzucił, a ona z miejsca w sposób naturalny uznaje, że będzie to kolekcjono­wać. To tak, jakby ktoś, u kogo znaleziono narkotyki, tłumaczył, że je kolekcjonuje. Albo po znalezieniu serii zdjęć pani prezydentowej ich właściciel tłumaczył, że ktoś mu podrzucił, więc od tej chwili to jego hobby.

I co, a nie mówiłam, że potrafię wrócić z każdej dygresji? Potrafię. Taka jestem.

                                                                                                                                        Joanna Kołaczkowska

Autorka jest aktorką kabaretu Hrabi. Autorka tekstów kabaretowych, współrealizatorka niezależnej wytwórni filmowej A’YoY. Mieszka w Warszawie z córką Hanną.
Przeczytano 7643 razy
Więcej w tej kategorii: « Narodziny